Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Odwracając czas. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Odwracając czas. Pokaż wszystkie posty

24 kwietnia 2015

KSIĄŻKA!

Witajcie!

Kochani, wiem, że miałam dodać ten wpis nieco wcześniej, ale niestety dopiero teraz znalazłam chwilę czasu. Jak pewnie wiecie, skończyłam już publikować "Odwracając czas" - pierwszą część opowiadania, z którego naprawdę jestem niesamowicie dumna. Nie wiem, kiedy zabiorę się za drugą, ale nie o tym chciałam pisać.

Chciałam się Wam pochwalić. O tak! Może niektórzy zdążyli zauważyć post na fanpejdżu, ale dla tych, którzy jeszcze tego nie zrobili - życie (a właściwie moje współlokatorki) przyniosło mi wspaniały i niewyobrażalny prezent. Dziewczyny zebrały całe opowiadanie "Odwracając czas" i skleiły je w... KSIĄŻKĘ!


Tak wygląda okładka (trochę tytuł machnął się w druku, ale to właśnie niedoskonałości tworzą perfekcję).

Dostałam ją na urodziny, tj. w listopadzie, ale postanowiłam najpierw skończyć publikować historię, a dopiero jak bym skończyła, podzielić się z Wami tą wspaniałą wiadomością.

Zdradzę Wam w sekrecie, że chyba nigdy w życiu nikt nie zrobił mi lepszej niespodzianki. To było wspaniałe  - trzymanie w ręku czegoś, co się samemu stworzyło. Wywołało to niesamowite szczęście i chęć zaznania tego uczucia jeszcze raz. Plany, żeby napisać książkę/historię kompletnie wykreowaną przeze mnie, zaczęły powoli kiełkować. Niczym narkoman pragnę ponownie trzymać w rękach własne "dzieło", więc i Wy trzymajcie za mnie kciuki! :)





Tak sobie myślę, bo mam jedną książkę w zanadrzu (resztę porozdawałam rodzinie i najbliższym), czy może ktoś chciałby dostać ją w prezencie? Napiszcie pod spodem lub wyślijcie mi e-maila. Z pewnością odpowiem, o ile ktokolwiek by się znalazł. (Skrycie mam taką nadzieję. XD)

Wielką radość sprawił mi też fakt, że na końcu książki pojawiła się krótka notka Niki będąca opisem opowiadania. Czytając ten króciutki fragment, niesamowicie się wzruszyłam.


Moje kochane współlokatorki postanowiły również zrobić mi żart, wybierając zdjęcie. Nie widać tego, ale w tle, za moją "zacną" mordką znajdują się puste butelki po piwie. :P

Jeżeli chcielibyście obejrzeć więcej zdjęć (aż dwa więcej!), to zapraszam na FANPEJDŻA. 

I skoro już jestem przy głosie, następna notka jakoś na dniach. A co to będzie? Niespodzianka. :)

Cieplutko,
Ew


2 kwietnia 2015

Odwracając czas (E)

EPILOG

     Od wielu lat siedział w tym ogromnym domu. Sam się dziwił, że nie oszalał przez tą samotność, nie próbując popełnić samobójstwa albo się poddać i ujawnić. Za każdym razem jednak przypominał sobie czarnowłosego mężczyznę przedstawiającego się jako Harry Potter, który dosłownie uratował go od śmierci. Ale czy śmierć nie byłaby lepszym wyjściem niż przebywanie przez całe życie w jednym miejscu?
     Miał wrażenie, że wypowiedział te słowa w złą godzinę.
     Szyby w oknach roztrzaskały się w drobny mak, a do przedsionka wtargnęła grupa zamaskowanych osób.
     Miał tylko jedno wyjście: uciekać.
     Regulus Black teleportował się prosto przed drzwiami na Grimmauld Place 12.


Koniec części pierwszej

15 marca 2015

Odwracając czas (6.2)

 ROZDZIAŁ VI, PART II

     Pogoda od samego rana idealnie zgrywała się z samopoczuciem Harry’ego. Było ciepło i słonecznie. Oczywiście na tyle, na ile pozwalał jesienny klimat, a jednak listopad już od dawna nie zapowiadał się tak przyjemnie.
     Harry siedział w łazience na krawędzi wanny tuż obok kociołka wypełnionego syczącą cieszą, który Hermiona ustawiła tam wczesnym rankiem. Wywar bulgotał dość nieregularnie, a para wydostająca się na zewnątrz co chwila zmieniała swój kolor. Dawało to wręcz piorunujący efekt, czym zresztą Harry się zachwycał przez pierwsze pięć minut. Kiedy jednak siedział tak od ponad pół godziny, mieszając zawartość kociołka i pilnując magicznie oplatających go płomieni, powoli tracił cierpliwość.
     Hermiona wpadła do Harrry’ego jakiś czas po siódmej, budząc go i opowiadając o nowym pomyśle, który zdążyła wymyślić wczorajszego wieczoru jeszcze przed położeniem się spać. Zaspany Harry przecierał oczy, ale wraz z kolejnymi słowami dziewczyny czuł napływającą falę energii. Plan brzmiał momentami wręcz idealnie, szczególnie że zakładał szczerą rozmowę Harry’ego z rodzicami. Hermiona wymyśliła, że skoro nie można było opowiedzieć Lily i Jamesowi o przyszłości, przyszłość musiała przyjść do nich sama. Postanowiła uwarzyć eliksir odmładzający, tak żeby wraz z Harrym wyglądali na siedemnastolatków. Gdy rodzice Harry’ego zobaczyliby tak wierną im kopię, na pewno zaczęliby coś podejrzewać. Pytanie brzmiało, czy daliby radę przyswoić tę informację i czy od razu nie uleciałaby ona z ich głowy. Tym jednak postanowili martwić się później – Hermiona naprawdę czuła się winna z powodu przerwania rozmowy pomiędzy Harrym a jego rodzicami, inaczej w życiu by się na to nie zgodziła.
Eliksir był prawie gotowy, gdy Hermiona dostała krótką notkę od Juliena, który załatwił spotkanie z przełożoną biura rejestracji stowarzyszeń. Od założenia WESZ minęło ponad dziesięć lat, także – jak się okazało – trzeba było ponownie umieścić ją w spisie. Panna Granger więc bezzwłocznie udała się najpierw do swojego mieszkania po papiery, a później do Ministerstwa, zostawiając Harry’ego z miksturą. Powiedziała, że będzie gotowa, jak tylko para stanie się bezbarwna. Na razie była jasnożółta, więc Harry musiał jeszcze chwilę poczekać.
     Przynajmniej miał czas na krótkie przemyślenie całej sytuacji.
     Nie mógł uwierzyć, że los doświadczył go w tak wspaniały sposób. Pozwolił mu poznać rodziców, ich zachowanie i sposób, w jaki rozkwitały ich uczucia względem siebie. Harry słyszał historię miłości Lily i Jamesa od wielu osób, jednak dopiero po powrocie do przeszłości uświadomił sobie sprawę z jej piękna i romantyczności. Pamiętał jeszcze, jak z początku czuł niechęć do Jamesa, do jego dziecinnych zagrywek i poniżania ludzi, ale gdy mu wybaczył, uświadamiając sobie, że każdy popełnia błędy, miał wrażenie, że jego więź z ojcem stała się silniejsza.
     Od ostatniego spotkania z rodzicami nie marzył o niczym innym, jak tylko o powrocie do nich. Ze wstydem zauważył, że w głowie co rusz świtała mu myśl pozostania na zawsze w przeszłości. Albo przynajmniej na dłużej – do momentu aż zupełnie poznałby Lily i Jamesa. Może Harry’emu nawet udałoby się z nimi zaprzyjaźnić? Pragnął również trwać przy Syriuszu i Remusie, za którymi strasznie tęsknił. Teraźniejszość wydawała się mu mniej kolorowa i zachęcająca. Oczywiście, miał tutaj przyjaciół i osoby, które kochał i na których mu zależało, ale Harry’emu brakowało rodziny.
     Z zaskoczeniem zauważył, że para wydobywająca się z kociołka stała się mniej widoczna, a żółte prześwity zniknęły. Parę minut później eliksir był gotowy, więc zgasił magiczne płomienie i – zgodnie ze wcześniejszymi instrukcjami Hermiony – odstawił zaklęciem kociołek na bok, by jego zawartość ostygła.
     Miał teraz chwilę na prysznic i śniadanie. Przy każdej, choćby minimalnej, czynności jego myśli jednak wracały ku zawartości kociołka i magicznej karteczki znajdującej się na kuchennym stole. Raptem do głowy wpadł mu irracjonalny pomysł, który obejmował powrót do przeszłości bez udziału Hermiony. Sam do końca nie wiedział, dlaczego w ogóle o tym pomyślał, ale wydawało mu się to bardziej logicznym posunięciem. Przede wszystkim Hermiona nie zmarnowałaby czasu, który mogłaby wykorzystać na sprawy związane z odnową stowarzyszenia. Nie trzeba byłoby też wyjaśniać jej obecności, kiedy już spotkaliby jego rodziców. Poza tym Harry miał wrażenie, że gdyby był sam, miałby więcej możliwości na rozmowę z Lily i Jamesem, mógłby również zadać im pytania dotyczące bezpośrednio Hermony. W końcu kogo najlepiej radzić się w sprawach sercowych jak nie rodziców?
     Oczywiście zdawał sobie sprawę, że Hermiona później będzie na niego śmiertelnie obrażona i nie omieszka nawet na niego nakrzyczeć, ale w tej sytuacji Harry wolał prosić o wybaczenie niż o pozwolenie. Tym bardziej iż był pewny, że pozwolenia na samodzielną wyprawę na pewno by nie otrzymał. Nie widział więc sensu w bezsensownym wykłócaniu się z dziewczyną. Miał też nadzieję, że po powrocie Hermiona będzie na tyle ciekawa wydarzeniami, że Harry będzie mógł szybko zmienić temat. Tylko czy poradzi sobie z wyrzutami sumienia, że tak bezczelnie potraktował Hermionę?
     Postanowił przestać myśleć, przynajmniej przez moment. Sięgnął więc po różdżkę, którą wsadził do kieszeni, i po magiczną karteczkę. Kroki skierował do łazienki, po czym bez zbędnych słów wypił całą chochlę eliksiru. Zanim zdążył pomyśleć, że czuje się całkiem normalnie, przez jego ciało przebiegł dreszcz, a żołądek skurczył się niemal boleśnie. Harry’ego zemdliło, więc doskoczył do umywalki. Spojrzał w lustro i prawie odskoczył z zaskoczenia. Wpatrywały się w niego szmaragdowe oczy chłopca, a raczej młodego mężczyzny, z burzą rozczochranych włosów na głowie. Jego twarz wyglądała, jakby nie doznała jeszcze żadnego zmartwienia, czoło stało się wyższe i nie miało ani jednej zmarszczki. Emocjonalnie Harry nie poczuł innej różnicy. Dalej był przytłoczony, czuł zmęczenie ciała, ale też zachwyt przed rychłym spotkaniem rodziców i możliwością uprzedzenia ich o śmierci i tym samym uratowaniu im życia.
     Mimo że Hermiona starała się mu wczoraj dokładnie wytłumaczyć, że w tej całej przygodzie nie chodzi ani o Lily i Jamesa, ani nawet o Syriusza, jakoś nie potrafił uwierzyć, że ma ona jakikolwiek związek z Regulusem Blackiem. Harry nic o nim nie wiedział, znał jedynie niektóre fakty z jego życia. Osoba wyznaczona do ratowania Regulusa musiałaby być przede wszystkim jakoś z nim zintegrowana, więc gdyby nawet chodziło o młodszego Blacka, to z pewnością zadania nie otrzymałby Harry. W końcu po to były te całe powroty do przeszłości. Ktoś dał szansę tragicznie zmarłym na przeżycie. Harry nie miał wątpliwości, że sprawa dotyczyła właśnie życia i śmierci, inaczej nie byłaby aż tak ważna i nie wymagałaby tyle zachodu. A nikt bardziej nie zasługuje na ratunek i przedłużenie życia niż jego rodzice, Syriusz i Remus.
     Niemal natychmiast przytknął różdżkę do karteczki.
     Znów pojawiło się to nieprzyjemne uczucie wirowania, ale powoli zaczął się do niego przyzwyczajać. Zamknął oczy, a otworzył je dopiero, gdy poczuł chłód. Z zaskoczeniem zauważył, że znalazł się w jakimś ciemnym pomieszczeniu. Wiatr wiał mu prosto w twarz, przez co na jego ciele pojawiła się gęsia skórka. Mimowolnie zadrżał. Podszedł do najbardziej wysuniętego punktu, z którego dobiegała łuna światła. Wyjrzał… i aż się cofnął. Znajdował się we wnętrzu jaskini na środku morza, a fale niebezpiecznie obijały się o wysokie i zaostrzone kamienie - woda zaczynała się podnosić. Harry przeklął pod nosem. Nie mógł pozbyć się wrażenia, że skądś kojarzył to miejsce. Wyjął zza pazuchy różdżkę, oświetlając przestrzeń i tym samym doznając jeszcze większego szoku. Harry Potter znajdował się w jaskini, w której Voldemort ukrył jeden z horkruksów, medalion Salazara Slytherina. Przestąpił z nogi na nogę. Przez chwilę zastanawiał się co zrobić, ale nie miał wątpliwości, że magiczna karteczka przeniosła go tutaj nie bez powodu.
     Ewidentnie chodziło o ratunek Regulusa Blacka.
     Kiedy tylko myśl ta zawitała w głowie Harry’ego, poczuł ogromny żal i rozczarowanie. Hermiona miała rację, a on sam dopiero zrozumiał, że wcześniej się tylko łudził. Gdzieś w duszy słyszał wewnętrzny głosik, który mówił: „i tak wiedziałeś, kogo miałeś uratować”. Było to prawdą, którą Harry bezwiednie starał się ukryć jeszcze głębiej w podświadomości. Wierząc, że gra toczyła się o życie jego rodziców, miał nadzieję, że jego życzenie może się spełnić. Od dzieciństwa nie marzył o niczym innym, pragnął jedynie, by Lily i James nie umarli. Był naiwny. W tej chwili najbardziej jednak żałował, że nie dana mu była ponowna rozmowa z rodzicami. Tyle chciał im jeszcze powiedzieć! Nawet specjalnie z tej okazji ułożył sobie na kartce pytania, którymi miał nadzieję ich uraczyć.
     - Diffindo – wyszeptał Harry z różdżką skierowaną na dłoń.
     Kiedy zaklęcie przecięło mu skórę i pojawiła się krew, szybko przytknął rękę do właściwego miejsca w skale. Sam do końca nie wiedział, jakim cudem aż tak dokładnie zapamiętał owy otwór.
     Uleczył rankę, a skalna ściana się rozsunęła. Nim jednak Harry zdołał przejść, poczuł przeszywający ból. Po raz pierwszy od czasu pokonania Voldemorta zapiekła go blizna. Ręka bezwiednie powędrowała do czoła. Była to ostatnia rzecz, jakiej mógłby się spodziewać. Zrobił parę kroków do przodu, starając się odpędzić to dyskomfortowe uczucie. Wchodząc do środka, oczami wyobraźni widział profesora Dumbledore’a, jego przeszywające spojrzenie spod okularów połówek i zwęglone przedramię. Harry mimowolnie westchnął do wspomnień.
     Podszedł bliżej, wpatrując się w czarną taflę jeziora. Woda zdawała się trwać nieruchomo, całkiem inaczej niż morskie fale poza jaskinią. Przez moment zastanawiał się, jakim cudem ma przywołać łódź, kiedy dostrzegł jej niewyraźny zarys po lewej stronie. Wspiął się na kamienie, nie mogąc uwierzyć we własne szczęście. Sam nigdy nie dałby rady wyłowić jej spod wody, ponieważ nie znał specjalnego zaklęcia. Łódka stała przycumowana do kamienistego brzegu, więc Harry ostrożnie, by przypadkowo nie zmącić wody, wszedł do środka. Zanim do końca zastanowił się, jak wprawić łódkę w ruch, ta drgnęła i zaczęła płynąć.
     Harry trzymał różdżkę wysoko uniesioną przed sobą, jakby obawiając się spotkania na wysepce Voldemorta. Na samo wspomnienie czarnoksiężnika czuł mrowienie w miejscu blizny.
     Gdy znajdował się już w trzech czwartych jeziora, jaskinia raptownie się rozjaśniła. Rozległ się też krzyk i kliknięcie towarzyszące teleportacji. Serce Harry’ego zaczęło bić głośniej. W myślach próbował przyspieszyć łódkę, czując jak ta zaczyna się coraz niebezpieczniej kołysać. Na krawędzi łódki pojawiła się koścista ręka, a po niej druga, aż wreszcie ukazała się przerażająca głowa trupa.
     - Incendio!
     Inferius wydał z siebie bliżej nieokreślony dźwięk i zapadł w toń. Potem nadszedł kolejny i jeszcze jeden, więc Harry wyczarował koło łódki ogromny pierścień ognia. Dzięki temu, ku ironii sytuacji, mógł czuć się w miarę bezpiecznie. Wreszcie łódka zaryła o brzeg wysepki. Harry szybko wyskoczył na kamienie, jednocześnie rzucając zaklęcia na coraz to większe grono ożywionych zwłok otaczających wysepkę.
     Harry nie marzył teraz o niczym innym jak tylko o końcu tej głupiej zabawy.
     Na początku cała ta przygoda wydawała się wspaniała i dziękował niebiosom, że to właśnie on, Harry Potter, mógł doświadczyć czegoś tak niezwykłego jak powrót do przeszłości. Teraz wiedział, że już dawno powinien wrócić do normalnego życia.
     Przed nim zamajaczyła postać.
     - Regulusie!!!
     Harry przyspieszył, ponieważ sylwetka młodego Blacka zaczęła znikać pod natłokiem inferiusów. Rzucił w tamtą stronę Lacarnum Inflamare, przez co potwory zaczęły się palić. Na moment uciekły, dzięki czemu Harry znalazł się tuż przy Regulusie.
     Młody mężczyzna w totalnym szoku wpatrywał się w Pottera. Po chwili wycelował w niego różdżką.
     - Kim jesteś i co tutaj robisz? Skąd wiesz, jak się nazywam? Jakim cudem znalazłeś to miejsce?
     - To nie jest dobry czas i miejsce na takie pytania! – Harry starał się przekrzyczeć zgiełk i chaos panujący w jaskini. Wyczarował wokół nich ogniową barierę, co – żywił nadzieję – choć na jakiś czas zatrzyma inferiusy. – Musimy stąd uciekać!
     Regulus nie odpowiedział. Stał spokojnie, wpatrując się w dal przed sobą, co Harry’ego niesamowicie zirytowało.
     - Jestem z przyszłości! Muszę cię uratować, dlatego przywołaj Stworka!
     - Skąd wiesz o Stworku? Kim jesteś?!
     - Nie zadawaj teraz pytań! Po prostu uciekajmy!
     Nagle przez płomienie przeszedł inferius, który chwyciła Harry’ego od tyłu za szyję. Potter próbował się wyrwać, ale potwór był niesamowicie silny. Za chwil oplotła go kolejna para rąk. Nagle poczuł jak wpada pod wodę, więc odruchowo wciągnął powietrze. Różdżka wypadła Harry’emu z ręki i zaczęła opadać na dno.
     To był ten moment. Przed oczami Harry’ego przeleciało całe jego życie, bo wiedział już, że zaraz się z nim pożegna. Nie był gotowy na śmierć, w każdym razie nie chciał odchodzić ze świata w taki sposób. I to jeszcze trwając w przeszłości. Żałował słów, które pomyślał w nieodpowiednim momencie. Harry wcale nie chciał zostawać w przeszłości na zawsze! Pragnął wrócić do Hermiony, do najlepszego kumpla, do Teddy’ego, do swojego nudnego życia i do osób, które odgrywały w nim najważniejsze role!
     Nagle poczuł ogromne ciepło przeszywające jego ciało. Ciężar złagodniał, więc Harry nie myśląc dłużej, zaczął płynąć do góry. Musiał jak najszybciej złapać oddech. Kiedy tylko wynurzył się na powierzchnie, Regulus wciągnął go do środka płomiennego okręgu. Zrobił to na tyle brutalnie, że ogień zajął skrawek koszulki Harry’ego.
     Harry nie miał pojęcia, dlaczego Regulus w ogóle się pofatygował, żeby uratować kompletnie nieznaną osobą, ale nie miał czasu się nad tym zastanawiać ani chwili dłużej.
     - Zawołaj Stworka! Natychmiast!
     - Nie zrobię tego. Chcę tu umrzeć – mówił spokojnie i opanowanym tonem, kompletnie wbrew całej sytuacji.
     - To czemu mnie uratowałeś?
     Harry’emu odpowiedziało milczenie.
     Regulus wpatrywał się w chłopaka nieprzeniknionym spojrzeniem. Niespodziewanie Harry uświadomił sobie fakt, że jest winny młodemu Blackowi życie. Przeklął pod nosem i nie zastanawiając się ani sekundy dłużej rzucił się na niego. Obaj opadli na zaostrzone kamienie. Harry poczuł ból w łokciu, ale starał się go zignorować. W tej chwili bardziej zajęty był okładaniem pięściami Regulusa. Miał w tym tylko jeden cel: zdobycie różdżki.
     Na szczęście Regulus był tak bardzo zaskoczony reakcją Harry’ego, że nawet nie zauważył braku różdżki. Harry natychmiast zerwał się na nogi.
     - Imperio! – wykrzyknął, celując w Blacka.
     Regulus raptownie znieruchomiał, a jego spojrzenie stało się mętne.
     - Zawołaj Stworka i każ mu nas zabrać na Grimmauld Place 12.Harry nie musiał dwa razy powtarzać.
     - Stworek!
     Skrzat teleportował się niemal od razu. Z szeroko otwartymi oczami wpatrywał się to w panicza Regulusa, to w Harry’ego Pottera, którego notabene jeszcze nie znał.
     - Zabierz nas do domu.
     - Tak jest, panie!
     Nim Harry zdążył się zorientować, stał na dywanie w salonie Blacków. Oddychał głęboko, starając się złapać oddech. Podparł ręce na kolanach, zginając się wpół. Wreszcie podniósł wzrok, patrząc prosto na przerażonego Stworka i kompletnie skonfundowanego Regulusa. Tylko jaki teraz miał wykonać ruch?
    - Każ Stworkowi znaleźć moją różdżkę i ją tutaj przynieść – rozkazał Harry.
     Regulus powtórzył jego słowa, po czym skrzat rozpłynął się w powietrzu. Pojawił się minutę później, dzierżąc w malutkiej rączce różdżkę z ostrokrzewu.
     - Oddaj mi ją, Stworku – poprosił Harry i wyciągnął dłoń. Skrzat domowy niepewnie mu ją zwrócił, uprzednio kątem oka zerkając w stronę panicza Regulusa. Pan się przecież nie sprzeciwił, prawda? – A teraz, Regulusie, powiedz Stworkowi, żeby przez godzinę wykonywał tylko moje polecenia.
     Skrzat wydał z siebie cichy syk.
     - Panie...
     Regulus spojrzał na Stworka i kiwnął głową.
     - Podskocz, Stworku – powiedział Harry, aby w stu procentach przekonać się, czy zadziałało. Kiedy skrzat zrobił to, o co go poprosił, Harry wręcz westchnął z ulgi. – Unieruchom Regulusa dopóki ci nie powiem, żebyś przestał. Przepytam teraz twojego pana, Stworku, a ty będziesz musiał mi powiedzieć, czy mówi prawdę, czy kłamie, dobrze?
     Oczy skrzata rozszerzyły się, ale nie miał wyboru. Musiał wykonywać polecenia tego kompletnie nieznajomego chłopaka.
     Harry opuścił różdżkę, jednocześnie przerywając Imperiusa, a po paru sekundach w salonie rozległ się krzyk Regulusa:
     - Wypuść mnie! O co ci chodzi?! Kim ty, na Merlina, jesteś?!
     - Stworku, każ Regulusowi odpowiadać wyłącznie na moje pytania – zwrócił się Harry ponownie do skrzata.
     - Co mu zrobiłeś?! – zagrzmiał Regulus, przyglądając się Stworkowi. – Dlaczego…
     Raptownie zamilkł. Mógł poruszać ustami, ale nie wydobywał się z nich żaden dźwięk. Harry zaczął chodzić wzdłuż pomieszczenia. Wreszcie stanął tuż przed Regulusem.
     - Jak to zrobiłeś?
     - Jak zrobiłem co? – prychnął młodszy Black z furią w oczach. Nie miał pojęcia, co się wokół niego działo. Przed chwilą podłożył fałszywego horkruksa Voldemortowi, a teraz jakiś obcy chłopak go unieruchomił i pyta się o jakieś dziwne, niezrozumiałe rzeczy. Musiał jednak jak najszybciej przybrać odpowiedni ton i ukryć emocje. Przez chwilę się zapomniał, ale po raz kolejny nie mógł powtórzyć tego błędu.
     - Nie udawaj. Jak udało ci się mnie tutaj sprowadzić?
     - Nie mam pojęcia, o czym ty mówisz.
Harry spojrzał na Stworka, na co skrzat skulił się lekko.
     - Panicz Regulus mówi prawdę, sir.
     - Gdzie znalazłeś te zaklęcia?
     - Jakie zaklęcia?
     - Te, które przeniosły mnie do przeszłości! – wykrzyknął Harry. Był zły, że Regulus nie chciał z nim współpracować. Nie tak wyobrażał sobie kolejny powrót do dawnych lat… Chciał porozmawiać z rodzicami, a nie przesłuchiwać Blacka.
     - Że co?
     - Jeśli skłamie, powiedz mi o tym, Stworku – zwrócił się Harry do skrzata domowego. -Reversio initii albo Redutis finis. Słyszałeś kiedyś o tym?
     - Nie mam pojęcia, o co chodzi. Nie znam tych zaklęć.
     - W takim razie kto ci pomógł? Kto je wymyślił?
     Harry’emu odpowiedziała cisza. Zmarszczył czoło, po czym znów zaczął chodzić wzdłuż i wszerz salonu. Coś mu się tutaj ewidentnie nie zgadzało. Przez ostatni moment był wręcz pewien, że to Regulus ściągnął go do przeszłości, że chciał w ten sposób przeżyć. Teraz ten pomysł nie wydawał mu się aż tak prawdopodobny. Gdyby rzeczywiście tak było, czemu Regulus miałby kłamać?
     - Wiesz, kim jestem?
     - Nie.
     - Ale z pewnością masz jakieś przypuszczenia – powiedział z ciekawością w głosie. Usiadł na ramienniku wielkiej, czarnej kanapy, dzięki czemu mógł dokładnie obserwować wyraz twarzy Regulusa. Była to jedyna część ciała, której Stworek nie dał rady potraktować urokiem. Niestety, Black idealnie wyćwiczył swoją beznamiętną maskę. Znalezienie jakiejkolwiek oznaki emocji graniczyło z cudem.
     - Oczywiście.
     - Oświeć mnie.
     - Nie wiem, kim jesteś. Widzę cię po raz pierwszy w życiu, ale niesamowicie przypominasz mi Pottera. Najlepszego kumpla mojego braciszka.
     Harry w głosie Regulusa rozpoznał nutę ironii. Pokiwał głową w kompletnym zamyśleniu.
     - Jestem jego synem. Harry Potter. Pewnie mało cię to zainteresuje, ale zniszczyłem wszystkie horkruksy i Voldemorta. Miałeś rację. Napis na karteczce w twoim fałszywym medalionie się sprawdził. Chociaż w zasadzie narobił więcej szkód niż pomógł, ale nieważne – dodał pod nosem. – Aha, no tak, zapomniałem o najważniejszym. Zabrzmi to trochę głupio, ale… Jestem z przyszłości.
     Gdyby Regulus mógł, roześmiałby mu się prosto w twarz. Niestety, został unieruchomiony przez Stworka. Poza tym jego rodowa duma nie pozwoliłaby mu na tak pospólskie zachowanie. Lecz czy mówiąc o zostaniu pokonanym przez własnego skrzata domowego można w ogóle wspominać coś o dumie?
     - Co takiego się wydarzyło, że Syriusz wyprowadził się z domu?
     Pytanie nieznajomego dosadnie zbiło Regulusa z pantałyku.
     - Dlaczego chcesz to wiedzieć?
     - Stworku, może łatwiej będzie, jak rzucisz na niego zaklęcie prawdy? – Harry zwrócił się do skrzata. Nie wiedział, dlaczego nie pomyślał o tym rozwiązaniu już wcześniej.
     Stworek kiwnął głową i pstryknął palcami.
     - No więc? – dopytywał Harry, przenosząc wzrok ponownie na Blacka, który widocznie starał się walczyć ze samym sobą.
     - Dowiedział o się czymś istotnym.
     - O czym?
     - Dowiedział się, że próbuję przystać do Śmierciożerców.
     Harry’emu brwi podjechały do góry.
     - A kiedy dokładnie to miało się stać? Kiedy miałeś dostać Mroczny Znak? Znałeś już datę, prawda?
     - Tak. Dostałem go późnym latem 1978, pod koniec szóstego roku.
     Harry zmrużył oczy, które wraz z kolejnymi myślami zaczęły się rozszerzać. Hermiona miała kompletną rację! Wszystko to, cała karteczka i te zaklęcia, było powiązane wyłącznie z młodszym Blackiem. Czyż nie wtedy Harry wylądował po raz drugi w Hogwarcie? Przecież nawet spotkał Regulusa przechadzającego się po błoniach! W takim razie już wtedy miał szansę powstrzymania go przed złym wyborem i uratowania go. Najwyraźniej fakt powrotu do przeszłości nie był uwarunkowany opóźnieniami ze strony Harry’ego, ale obecnością punktów zwrotnych w życiu Regulusa. To takie proste!
     - W takim razie co działo się zimą 1975?
     - Nie pamiętam. Na pewno wiele – odparł enigmatycznie i zapewne gdyby mógł, wzruszyłby ramionami.
     - Dwunasty grudnia. Gdzie się wtedy tak spieszyłeś? – Harry przypomniał sobie wspomnianą przez Syriusza dokładną datę.
     - Naprawdę nie pamiętam. Pewnie na spotkanie z innymi Ślizgonami. Jakoś w tym czasie powstało specjalne stowarzyszenie tępiące szlamy i mugoli.
     - Zapisałeś się do niego, prawda?
     - Naturalnie! Jak każdy szanujący się mieszkaniec domu Slytherina. Uczyliśmy się nowych zaklęć i je praktykowaliśmy na jedenastoletnich dzieciakach.
     - Przecież sam miałeś zaledwie piętnaście lat! – oburzył się Harry, ale Regulus nie odpowiedział, bo najwyraźniej nie uznał jego wybuchu za pytanie. – No dobrze, ale wróćmy do początku. Znasz jakiekolwiek zaklęcia, które potrafią przenieść do dawnych lat?
     - Nie, ale słyszałem o Zmieniaczu Czasu.
     Harry westchnął głęboko, po czym przeczesał dłonią włosy. To akurat go nie urządzało…
     - A może ty coś wiesz, Stworku? Coś o magicznej karteczce i specjalnych zaklęciach? – zapytał od niechcenia Harry. Musiał powoli kończyć tę rozmowę i wracać do przyszłości. Zrobił to, co do niego należało. Uratował Regulusa. Przypomniały mu się jednak te dziwne sformułowania nabazgrane na kartce. Czułby się źle, gdyby nie spytał.
     - Nie wiem. Harry Potter uratował świat przed Czarnym Panem. Harry Potter uratuje panicza Regulusa.
     Harry przeciągnął dłonią po policzku. Nie miał pojęcia, o czym Stworek mówił. Przyjął jednak jego słowa za brednie skrzata domowego trwającego w szoku. Innego wytłumaczenia nie znalazł. W końcu z racji tego, że Stworek był niesamowicie przywiązany do Regulusa, nie mógł patrzeć na jego – bądź co bądź – cierpienie. Bez wątpienia jego pan został związany i przesłuchiwany przez kompletnie obcą osobę. Ten widok zdecydowanie wstrząsnął psychiką biednego skrzata…
     Harry musiał jak najszybciej skończyć tę całą zabawę.
     - Stworku, wymarz paniczowi Regulusowi wspomnienia związane ze mną. Każ mu się gdzieś ukryć i żyć spokojnym życiem. Gdy jednak poczuje prawdziwe niebezpieczeństwo, ma się bezzwłocznie teleportować na Grimmauld Place 12. Dopiero i tylko wtedy! Aha, i niech zapamięta, że Harry Potter uratował go przed niechybną śmiercią. Takie myśli zdecydowanie pomogą, jak kiedyś stanie przed moimi drzwiami. – Ostatnie zdanie Harry skierował bardziej do siebie. Nie chciał przypuszczać, że kiedykolwiek taka sytuacja mogłaby mieć miejsce, ale słowa Stworka nie chciały dać mu tak do końca spokoju.
     Gdy tylko Stworek wykonał polecenie Harry’ego, znów na niego spojrzał. Regulus znów mógł się ruszać, więc bezzwłocznie teleportował się gdzieś w niebyt.
     - Chciałbym jeszcze, żebyś i ty o mnie zapomniał, Stworku. Będziesz pamiętał jedynie to, że panicz Regulus prosił cię o pokazanie wyspy Voldemorta, że wypił eliksir, a potem rozkazał ci tutaj wrócić i jakimś cudem zniszczyć medalion Salazara Slytherina.
     Skrzat pstryknął palcami. W tym momencie Harry zwinnym ruchem przytknął różdżkę do magicznej karteczki i na powrót znalazł się w swoim przytulnym domu. Przez chwilę tępo wpatrywał się w ścianę, po czym zaczął wyrzucać sobie własną głupotę. Przecież mógł rozkazać też Stworkowi, by nigdy nie zdradził Syriusza Blacka! Wtedy cała ta okropna sytuacja na piątym roku w Departamencie Tajemnic w Ministerstwie Magii nigdy by się nie zdarzyła!
     Nim kompletnie zatracił się w tym pomyśle, w progu drzwi prowadzących do kuchni pojawiła się Hermiona. Minę miała groźną, a jej oczy ciskały błyskawice. Harry nieco się skulił i opuścił głowę.
     - Czy zdajesz sobie sprawę, jak wielkie masz kłopoty, Harry Potterze?!
     - Wiem, Hermiono! Wiem i przepraszam, ale…
     - Ale?!
     Kobieta zaczęła podchodzić bliżej.
     - Ale uratowałem Regulusa… Miałaś rację, chodziło o niego! Jak zawsze zresztą miałaś rację, Hermiono. Jesteś nieomylna!
     - Zamilknij, Harry Potterze. Dobrze ci radzę.

* * *

          Parę miesięcy później.
     Niedzielne popołudnie upływało w Norze w pełnej radości atmosferze. Molly postanowiła zaprosić na obiad swoje dzieci, Andromedę z Teddym i przede wszystkim Hermionę z Harrym, by świętować ich zaręczyny. Jak się okazało, dwa dni temu Harry poprosił Hermionę o rękę. Odkąd zdołał uratować Regulusa przed niechybną śmiercią i zakończył całą tę historię z powrotami do przeszłości, w jego głowie kiełkowała myśl o założeniu rodziny. Z początku próbował zaniechać tego pomysłu, tłumacząc się, że jeszcze mieli czas i zamiast na dzieciach powinni bardziej skupić się na sobie. Kiedy jednak uświadomił sobie, że wcale nie młodnieją, postawił wszystko na jedną szalę. Klęknął przed Hermioną w dopiero co wyremontowanym biurze jej stowarzyszenia. Przez moment czuł ogromną panikę, że kobieta może się nie zgodzić, że nie jest jeszcze gotowa na małżeństwo, ale na szczęście nic takiego nie miało miejsca. Hermiona ze łzami w oczach pokiwała powoli głową, wyszeptując najsłodsze słowo, jakie Harry’emu dane było kiedykolwiek słyszeć: „tak”. Wsunął jej na palec pierścionek Lily, który dawno temu znalazł w rzeczach rodziców, po czym niespodziewanie rozbrzmiały oklaski. Harry dopiero później zorientował się, że oświadczył się jej przed publicznością. Najwyraźniej gdy zmierzał do Hermiony, był tak bardzo zaaferowany i zestresowany, że nie potrafił przyswoić niczego innego.
     - Jeszcze raz wielkie gratulacje, Harry. – Artur Weasley uśmiechnął się lekko. Siedział na kanapie, przykryty kocem prawie pod szyję, w ręku dzierżąc kubek z gorącą herbatą. – Tobie też, Hermiono.
     - Dziękuję, panie Weasley.
     Hermiona odwzajemniła uśmiech, który momentalnie zniknął, kiedy mężczyzna zaczął kaszleć. Wszystkich ostatnio strasznie niepokoił coraz bardziej pogarszający się stan zdrowia pana Weasleya. Wziął zwolnienie z pracy i od ponad dwóch tygodni leżał w domu. Molly po wielu kłótniach udało się nawet wyciągnąć męża do Munga na badania, ale niestety niczego nie wykryły. Uzdrowiciele załamywali ręce. Wszyscy w jego towarzystwie starali się jednak nie tracić rezonu i szczęśliwego humoru. A w takich sytuacjach jak dzisiejsza, nie było to wcale trudne.
     Siedzieli przy stole, zajadając się ciastem domowej roboty i popijając gorącą, świeżo parzoną kawę.
     - Stary – zwrócił się do Harry’ego Ron z pełnymi ustami jedzenie – wiesz, że masz jeszcze szansę uciec, no nie? Nie powtarzaj tego samego błędu co ja.
     Wskazał głową na Mariettę, która jedynie zmierzyła go groźnym spojrzeniem.
     Harry uśmiechnął się mimowolnie, co od dwóch dni zdarzało mi się nadzwyczaj często.
     - Czy ja wiem… - zastanowił się na głos. – Chyba się jeszcze zastanowię, Ron.
     - Obyś za długo nie zwlekał. Zobacz, co ja teraz muszę przeżywać.
     - Ron!
     Molly i Marie wykrzyknęły jednocześnie, wywołując tym samym śmiech u reszty. Jedynie Hermiona uśmiechnęła się niemrawo, kątem oka zerkając na Harry’ego. Wydawał się rozluźniony, a jego zielone oczy błyszczały radośnie, więc uspokoiła się. Nie wiedzieć dlaczego, odkąd stała się oficjalną narzeczoną Pottera, coraz częściej nachodziła ją myśl, że Harry coś przed nią ukrywał. Było to dość przelotne, ale nie dawało jej spokoju.
     Do salonu wszedł George z Freddym na rękach.
     - Rozmawiałem z Ginny. Powiedziała, że postara się zdążyć, ale niczego nie obiecuje. Po meczu idą gdzieś razem z Thomasem.
     - Zauważyliście, że od kiedy Ginny z nim zamieszkała, strasznie się zmieniła? – zapytała Marie, ale nie doczekała się odpowiedzi. – Jak to w ogóle się stało? No wiecie, Ginny i Tom przyjaciółmi…
     - Powiedziała mu prawdę o czarodziejach, tyle wiem.
     - I tak po prostu postanowiła u niego zamieszkać?
     - Cóż, trochę to dziwne, to prawda. Ale przynajmniej wydaje się być szczęśliwa. – Hermiona wzruszyła ramionami.
     - Myślicie, że coś jest między nimi?
     - Pytałem się jej o to – wtrącił niespodziewanie Ron, przyciągając ku sobie zaskoczone spojrzenia. – No co? Lubiłem tego kolesia, ale zaczął podwalać się do mojej siostry. Poszedłem więc do niego, żeby go nastraszyć.
     - Ron! – wykrzyknęła oburzona Molly. Mężczyzna tylko wzruszył ramionami.
     - Musiałem się dowiedzieć, czego od niej chce. Mówił, że są tylko przyjaciółmi i wiecie co? Wierzę im.
     - Jak cię przekonał? Dał ci coś dobrego do jedzenia? – zironizował George.
     - Nie. Po prostu widziałem dwa oddzielne pokoje z oddzielnymi łóżkami i drzwiami na klucz. Poza tym gdyby Thomas chciałby wejść kiedykolwiek do pokoju Ginny, napotkałby problem. Rzuciłem parę zaklęć – odparł obojętnie, wywołując tym samym parsknięcie śmiechu u George’a, Harry’ego i pana Weasleya. Marie, Molly, Angelina i Hermiona wydawały się być jawnie oburzone.
     Zanim jednak ktokolwiek zdążył się odezwać, Andromeda zmieniła temat.
     - Wiadomo coś już o stanie zdrowia aurorów? Obudzili się z tej dziwnej śpiączki?
     - Niestety nie – westchnął Harry, raptownie pąsowiejąc. – Uzdrowiciele ciągle wyprobowują na nich nowe eliksiry, ale żaden do tej pory nie zadziałał.
     - Wujku Harry!
     Z dworu nagle dobiegł ich krzyk Teddy’ego. Harry i Ron zerwali się na równe nogi, a Hermiona, George i Marie poszli ich śladem. Nim jednak zdołali wykonać jakikolwiek inny ruch, do salonu Weasleyów wpadł lis. A raczej Patronus w kształcie lisa. Przemówił tonem Darriusa Berrowa:
     - Harry, Ron. Potrzebujemy was natychmiast w biurze. Ktoś włamał się do grobu Albusa Dumbledore’a.
     - Po co ktoś miałby się włamywać do jego grobu? – zapytał Ron Harry’ego, ale Potter tylko pokręcił głową.
     Odpowiedź przyszła niemal natychmiast.
     - Zniknęła jego różdżka.
     Harry, Ron i Hermiona popatrzyli na siebie z przerażeniem.
     Czarna Różdżka została skradziona.

22 lutego 2015

Odwracając czas (6.1)

A/N: Dzisiaj krótka część, ale do końca części pierwszej pozostał jeszcze drugi part i epilog. Dziękuję za wszelkie komentarze! Nie robiłam tego wcześniej, ale chciałabym zadedykować ten rozdział mojemu Tacie z okazji urodzin! Wszystkiego najlepszego! :*


ROZDZIAŁ VI, PART I


     Thomas Patterson od samego rana siedział niczym na szpilkach. Kiedy tylko usłyszał, jak ktoś zatrzymuje się przed drzwiami jego biura, bezwiednie wstrzymywał oddech. Na szczęście nikt niespodziewany nie zakłócał mu dzisiaj spokoju, nawet Angie postanowiła mu nie przeszkadzać, wiedząc o bardzo ważnym spotkaniu. Od dwóch godzin nieustannie rozmawiał przez telefon, ustalając godziny, to je później zmieniając, by wreszcie całkiem odwołać spotkania, jeżeli trafiała się korzystniejsza oferta. Na ten moment miał cztery pewne mieszkania i trzy dodatkowe, z których dwa trzymał jako swego rodzaju zapas.
     Już dawno nie trafił na tak wymagającego klienta, jakim była Ginny Weasley. Mimo że wydawała się zbyt wyniosłą i ogólnie niezbyt pozytywną osobą, Thomas miał wrażenia, że była to wyłącznie gra pozorów. Ktoś, kto zażyczył sobie mieszkanie z widokiem na gwiazdy, nie mógł przecież być aż tak zły. Poza tym Tom musiał sprostać jej życzeniom z jeszcze jednego względu: miał nadzieję na duży przypływ gotówki. Wyszukiwał więc pannie Weasley dość drogie mieszkania, a cena musiała być w miarę adekwatna do wyglądu. Inaczej propozycja lądowała w śmietniku. Thomas nie był oszustem, uwielbiał tylko piec dwie pieczenie na jednym ogniu.
     - Dzień dobry – przywitała się Ginny, bez uprzedzenia wchodząc do biura. – Możemy już wychodzić? Nie ukrywam, że trochę się spieszę.
     Thomas, który był w trakcie rozmowy telefonicznej, szybko się rozłączył. Rozmawiał z kontrahentem, ale i tak musiał odrzucić ofertę – mieszkanie mieściło się zbyt daleko od centrum.
     - Dzień dobry, panno Weasley. Oczywiście! Wszystko już gotowe.
     Złapał marynarkę, listę mieszkań do obejrzenia wraz z dokładnymi adresami i numerami telefonów sprzedających, zaś telefon i portfel wsadził do kieszeni spodni. Notes, z którym nigdy się nie rozstawał, włożył pod pachę.
     Momentalnie uświadomił sobie pewną sprawę.
     - Ma pani prawo jazdy? – zapytał, modląc się w duchu, by odpowiedź była pozytywna. Zazwyczaj albo jego klienci posiadali samochód i jechał razem z nimi, albo spotykali się już na miejscu. Ostatnia opcja była bardziej wygodna, ponieważ głównie na dzień przypadało jedno, góra dwa mieszkania, całkiem inaczej niż w sytuacji panny Weasley.
     Pokręciła przecząco głową, więc Thomas zaklął w myślach.
     - A pan?
     - Tak, tak – uśmiechnął się niemrawo na wspomnienie swojego pojazdu. – Będziemy musieli pójść na parking za sklepem.
     Ruszyli i parę minut później Thomas wręcz rzucił się na swoje Audi A3 z 1997 roku. Otworzył drzwiczki i wszystkie dokumenty, papierki od batonów, puste paczki po chipsach, butelki po napojach i siatkę z butami i ubraniami na zmianę, wrzucił na tylne siedzenie. Odchrząknął, zauważając zmarszczone czoło Ginny Weasley. Zwymyślał swoje lenistwo i bałaganiarstwo, przeczuwając, że tym razem zniechęcił kobietę do siebie już całkowicie. Nie, żeby starał się jej zaimponować, ale kto poleciłby swoim równie zamożnym koleżankom takiego dewelopera?
     Nie wiedział jednak, że zmarszczone czoło u Ginny oznaczało jedynie zamyślenie połączone z zaciekawieniem. Oczywiście, zganiła go w myślach za bajzel, ale jeszcze nigdy nie widziała wnętrza samochodu poza tym w aucie jej ojca. Usiadła, z uwagą przyglądając się skrzyni biegów, kierownicy i nieco innym wyposażeniu niż w Fordzie Anglia.
     - Przepraszam za bałagan. Nie spodziewałem się…
     - Rozumiem – odparła tylko Ginny, zerkając przez ramię na tylne siedzenia.
     Silnik odpalił dopiero za trzecim podejściem i ruszył, głośno rzężąc. Thomas czuł pojawiające się rumieńce na policzkach, ale kiedy już wjechał na główne ulice i próbował omijać korki i zdążyć na zielonych światłach, całkowicie zapomniał o wstydzie. Prowadził swobodnie i pewnie. Kątem oka przyglądał się pannie Weasley, która z uwagą wpatrywała się w radio. W głośnikach lecieli Led Zeppelini w „Stairway to heaven”. No tak, kobiety, które kupowały mieszkania bez względu na cenę, z pewnością nie słuchały podobnych piosenek.
     - Mam przełączyć? – zapytał, zatrzymując się na czerwonym.
     - Nie trzeba. Podoba mi się – uśmiechnęła się szczerze w odpowiedzi, na co Thomas ze zdziwienia szerzej otworzył oczy. Przez moment poczuł do kobiety sympatię, która wyparowała z jej kolejnymi słowami: - Daleko jeszcze? Nie mam najmniejszej ochoty na siedzenie w… tu.
     - Jeszcze jedna ulica i jesteśmy.
     - To dobrze.
     W ciągu następnych dziesięciu minut w samochodzie panowała cisza, poza zaległymi w głośnikach gitarowymi solówkami Zeppelinów i Black Sabbath. Wreszcie stanęli przed pierwszym budynkiem, w którym znajdowało się jedno z mieszkań do obejrzenia. Thomas chciał wysiąść pierwszy i lecieć otworzyć drzwi pannie Weasley, kiedy kobieta złapała go za ramię.
     - Nie musimy wchodzić do środka.
     - A można wiedzieć dlaczego?
     - Nie podoba mi się okolica. Jest taka… pochmurna.
     - Rozumiem. – Thomas całą siłą woli starał się powstrzymać przed odpowiedzeniem czegoś uszczypliwego. Już dawno nie spotkał kogoś, kto aż tak by go denerwował. – W takim razie jedziemy dalej?
     Ginny bez słowa kiwnęła głową, rozsiadła się wygodniej na fotelu, a spojrzenie skierowała ku krajobrazowi za oknem.
     - Jeżeli pani, panno Weasley, nie będzie miała nic przeciwko, wykonam telefon. Muszę powiadomić właściciela następnego mieszkania, że przyjedziemy wcześniej. O jakieś pół godziny – ostatnie słowa wypowiedział jak najciszej pod nosem. Ginny nadal milczała, więc zadzwonił, by pięć minut później znów męczyć się z odpaleniem silnika.
     Dopiero gdy znów ruszyli, Ginny przeniosła na niego swoje bystre, dumne, brązowe spojrzenie.
     - Myślał pan o zmianie samochodu?
     - Tak – westchnął i prawie się uśmiechnął. Jego audi gładko wepchnęło się w korek, a później jeszcze zwinniej lawirowało pomiędzy innymi samochodami. Tej małej sztuczki nauczył go ojciec podczas ich ostatniej podróży…
     - A można wiedzieć, dlaczego…
     - Dlaczego jeszcze go nie sprzedałem? – wciął się Thomas. Zanim Ginny zdążyła wykonać jakikolwiek ruch, dodał: - Wiążą się z nim ważne wspomnienia. Jeżeli pozbędę się tego staruszka, to tak, jakbym pozbył się części siebie.
     Dopiero po chwili zorientował się, że powiedział za dużo. Sam do końca nie wiedział dlaczego, ale sądząc po minie panny Weasley, zaskoczył nie tylko siebie. Reszta drogi minęła w milczeniu. Nawet kiedy dotarli do budynku, w którym mieściło się potencjalne mieszkanie, nie pisnęli ani słówka. Tym razem Ginny nie miała żadnych obiekcji, więc udało im się wjechać windą na dziesiąte piętro. Radość Thomasa nie trwała zbyt długo, ponieważ gdy tylko zobaczyła pierwsze pomieszczenie, jej mina zrzedła. Podczas rozmowy ze sprzedającym, Ginny zdążyła obejść mieszkanie przynajmniej dwa razy. Z każdym krokiem zdawała się być coraz bardziej zawiedziona. Wreszcie uśmiechnęła się przymilnie w stronę właściciela, złapała Thomasa pod łokieć i z krótkim „do widzenia” opuścili lokum.
     W trakcie jazdy do kolejnego mieszkania, Ginny odezwała się zaciekawionym tonem:
     - Dlaczego został pan deweloperem?
     Thomas, słysząc jej słowa, niechcący zbyt gwałtownie nacisnął pedał hamulca. Polecieli lekko do przodu, a Ginny musiała aż zaprzeć się rękoma deski rozdzielczej.
     - Przepraszam. A wracając do pani pytania, panno Weasley, jakoś tak wyszło…
     - I tyle? Żadnej mrożącej krew w żyłach lub przygnębiającej historii? – dopytywała, z uwagą przyglądając się jego zmarszczonemu czołu. Sama nie wiedziała dlaczego, ale interesował ją. Jakim cudem ten niepozorny, fajtłapowaty i niechlujny człowiek dorobił się aż takiego uznania wśród konkurencji? Zanim drugi raz do niego przyszła, starała dowiedzieć się czegoś ciekawszego na temat jego życia. Nic, niestety, nie znalazła. Poza właśnie samymi pozytywnymi opiniami od jego klientów.
     Thomas wzruszył ramionami. Jakoś nie miał ochoty dzielić się swoim życiorysem z kompletnie nieznaną osobą. I to jeszcze tak irytującą osobą, jaką była Ginny Weasley. Przecież ona go w ogóle nie interesowała!
     Po chwili jednak ciekawość wzięła górę.
     - Czym się pani zajmuje? Gdzie pracuje?
     - Gram w drużynie sportowej.
     Była to jedna z odpowiedzi, których przenigdy nie spodziewałby się usłyszeć. Spojrzał na nią z zaskoczeniem i odkaszlnął. Miał jeszcze tyle pytań, ale postanowił nie przekraczać granicy. Mimo że ciekawiło go parę kwestii związanych z panną Weasley, wolał jednak siedzieć w samochodzie w zupełnej ciszy. W taki sposób przynajmniej kobieta nie była w stanie go bardziej zdenerwować swoją nonszalancją, upartością i zbyt dużą w jego mniemaniu dumą.
     Kolejne podróże po mieszkaniach kończyły się podobnie, co te pierwsze. Zwiedzili pięć głównych propozycji, a do dwóch nawet nie zaszli. Pozostałe dwie odpadły przecież w przedbiegach. Thomas pokazał pannie Weasley także te zapasowe mieszkania, ale na ich widok Ginny tylko burknęła coś pod nosem.
     - No cóż, nie popisał się pan, panie Patterson – powiedziała Ginny w drodze do auta zaparkowanego pod jednym z wieżowców. – Myślałam, że już dzisiaj podpiszę umowę i w ciągu następnych dni będę mogła zacząć się wprowadzać.
     - Musi pani zrozumieć, że nie da rady tak szybko znaleźć odpowiedniego mieszkania. Do tego potrzeba czasu.
     Szli wzdłuż ścieżki, omijając po drodze ogromny, otoczony siatką plac zabaw. Dzieci głośno krzyczały i się śmiały, biegając po całym placu. Thomas westchnął na ich widok, marząc, by móc wrócić do przeszłości, do nieprzejmowania się niczym. Szczególnie pewną wywyższającą się kobietą idącą obok niego.
     - Harry polecił mi pana, bo podobno jest pan najlepszy w swojej dziedzinie.
     Patterson zacisnął usta w wąską linię. Nie odezwali się więcej, nawet jak dotarli do samochodu i ruszyli z piskiem opon. Thomas, ukrywając uśmiech, zauważył, jak panna Weasley wystraszona złapała się za serce. Zmierzyła go groźnym spojrzeniem, a potem wbiła je w ulicę rozciągającą się przed nimi.
     Kiedy byli jakoś dziesięć minut przed biurem Thomasa, jego stare audi zaczęło wydawać z siebie bliżej nieokreślone dźwięki.
     - Co się dzieje? – zapytała Ginny, marszcząc czoło.
     - Tak się czasem zdarza, niech się pani nie przejmuje… Zaraz to naprawię.
     Przycisnął mocnej pedał gazu, co okazało się błędem, ponieważ nie przejechali nawet dwóch metrów jak samochód zaczął zwalać, aż wreszcie stanął. Na szczęście Thomasowi udało się doczłapać nim na pobocze, dzięki czemu nie tamował ruchu.
     - Cóż, może jednak nie naprawię…
     Thomas podrapał się po brodzie, po czym złapał za dźwigienkę podnoszącą maskę. Wysiadł i zaczął przyglądać się dymiącemu silnikowi. Ginny również wyszła z samochodu i podeszła do mężczyzny. Była zła. Nie dość, że znajdowała się na jakimś wygwizdowie i kompletnie nie wiedziała, gdzie jest, to jeszcze musiała się spieszyć. Trener zwołał dzisiaj nadzwyczajne spotkanie.
     Musiała jakoś naprawić ten mugolski szmelc, a jako czarownica nie widziała innego sposobu jak użycie różdżki. Wyjęła ją z kieszeni, chowając jednocześnie za plecami. Zanim rzuciłaby jakiekolwiek zaklęcie, trzeba było odwrócił uwagę pana Pattersona. Tylko jak to zrobić?
     Odpowiedź nieoczekiwanie przyszła sama. Na pobocze podjechało inne auto, więc Thomas natychmiast do niego podszedł. Ginny nie zamierzała czekać i wyciągnęła przed siebie różdżkę.
     - Reparo – szepnęła. Z wyczekiwaniem wpatrywała się w dziwnie połączone metalowe części przed sobą. W środku coś kliknęło, najpierw cicho, potem głośnej zachrobotało.
     W momencie kiedy Ginny z powrotem schowała różdżkę, podszedł do niej Thomas. Wydawał się zły.
     - Czego chcieli?
     - Pytali, ile warty jest ten złom. – Wzruszył ramionami. – No dobrze, nie traćmy czasu. Zobaczę, co się zepsuło.
     Zdjął marynarkę, wkładając ją na tylne siedzenie, i podwinął rękawy białej koszuli.
     - Zna się pan w ogóle na tym czy zgrywa pan przede mną chojraka? – spytała Ginny, przyglądając się jego zmarszczonemu czołu. Wielokrotnie zdarzyły jej się takie sytuacje, w których mężczyzna próbował się przed nią popisać. Głównie robił to nie dlatego, że była kobietą, ale kobietą, która coś osiągnęła. Przez to miała w pewnym sensie awersje do podobnych zachowań.
     Thomas parsknął śmiechem, po czym niemal natychmiast się zreflektował. Przez moment zapomniał, że miał do czynienia z ważną klientką.
     - Niech pani wierzy, panno Weasley, nie takie są moje zamiary.
     I wrócił do sprawy priorytetowej, a mianowicie do naprawy samochodu. Ginny za to stała nieco zaskoczona. Już dawno nikt, poza Harrym, nie potraktował jej aż tak lekceważąco. Wróciła zła do środka, a raczej próbowała, ponieważ nagle ni stąd ni zowąd aportowała się przed nimi trójka napakowanych mężczyzn. Mieli szaty w barwie Armat z Chudley. Ginny machinalnie wyciągnęła różdżkę.
     - Masz się podłożyć. Wasz marny zespolik ma przegrać – wycharczał jeden z nich, podchodząc bliżej. Reszta drągali krok w krok ruszyła za nim. – Inaczej spotka cię nieszczęście.
     - Myślicie, że się was boję? – zadrwiła, jednocześnie przypominając sobie o następnym meczu za dwa tygodnie. Harpie z Holyhead miały grać z Armatami. Ostatnio jej drużyna nie żyła niczym innym, ponieważ pokonując Armaty, znów trafiliby do pierwszej piątki w tabeli.
     - Powinnaś. Expelliarmus! Inarcerus!
     Ginny niemal natychmiast odbiła zaklęcia, które sprawiły, że z ręki przeciwnika wyleciała różdżka.
     - Tylko na tyle was stać?
     Uśmiechnęła się triumfalnie.
     - Confringo! – wykrzyknął drugi.
     - Protego!
     - Jeszcze się policzymy – odparował wściekły napastnik numer jeden i szybko podniósł różdżkę z ziemi. – Idziemy. A ty pamiętaj, masz się podłożyć, inaczej cię znajdziemy.
     Deportowali się z głośnymi trzaśnięciami.
     Ginny tylko pokręciła głową i z powrotem schowała różdżkę do kieszeni. Wielokrotnie zdarzały jej się podobne sytuacje, ale zawsze udawało jej się wychodzić z nich cało. Zazwyczaj kończyło się krótkim zaklęciem i pogróżkami od strony zapalonych kibiców, które i tak w ogóle na nią nie działały. Identycznie, co teraz.
     Zza pleców dobiegło ją głośne chrząknięcie, więc się odkręciła. Patrzyła wprost na zaszokowanego i niesamowicie bladego Thomasa Pattersona.
     - C-co to niby miało być? Pokaz sztucznych ogni i samowystrzeliwujących gałązek?
     Kobieta milczała, zastanawiając się nad rzuceniem krótkiego Obliviate. Nigdy jednak tego nie robiła i bała się, że oprócz tego mogłaby odebrać Pattersonowi inne wspomnienia.
     - Mamy cię albo równie lipny program telewizyjny? Są tutaj gdzieś ukryte kamery? Jak ci ludzie się pojawili i zniknęli?
     Thomas zaczął rozglądać się nerwowo wokół, ale niczego konkretnego nie zauważył. Nadal znajdowali się na poboczu wyjątkowo mało ruchliwej drogi. Jego audi stało z otwartą maską i drzwiami od strony pasażera. Było dokładnie tak samo, jak pięć minut temu. Dlaczego więc miał wrażenie, że wszystko się zmieniło?
     - Spokojnie. To tylko magia. Jestem czarownicą, a to, co widziałeś, działo się naprawdę. Chcieli mnie zaatakować, ale, cóż, nie wyszło im – zachichotała Ginny.
     Oczy Thomasa wyraźnie się powiększyły.
     - I mówisz to tak spokojnie? - Po tym co właśnie widział, stosowanie formy grzecznościowej przestało być istotne. – Przecież to niemożliwe…
     - Tak właściwie, to wszystko jest możliwe. Magia istnieje, czarodzieje są wszędzie, mamy własne ministerstwo, szpital, lokale.
     - Dlaczego więc nigdy o tym nie słyszałem?
     - Nie wolno rozpowiadać mugolom o magii.
     - Co? Mulogom?
     - Niemagicznym osobom – westchnęła, po czym ręką wskazała na samochód. – Próbowałam zaklęciem naprawić tę przeklętą maszynę, ale najwidoczniej magia tu nic nie zdziała. Zepsuło się na amen.
     Thomas zignorował połowę słów kobiety.
     - To dlaczego mi o tym mówisz?
     - Bo jak tylko trafimy do biura, rzucę na ciebie zaklęcie zapomnienia. Proste – uśmiechnęła się i odrzuciła włosy do tyłu. – Możemy już wracać?
Dopiero po jakimś czasie dotarły do Thomasa jej słowa. Trwał w szoku – to mało powiedziane!
     - Niby jak chcesz wrócić? Auto jest całkiem rozwalone.
     - Czarodzieje mają własne sposoby na przemieszczanie się z miejsca na miejsce – powiedziała i wywróciła oczami. – Teleportacja. Ruszaj się, raz, dwa. Weź to, co musisz, i lecimy. Nie wiem, jak ty, ale ja dzisiaj mam wiele spraw na głowie.
     Kiedy Thomas zabrał z samochodu potrzebne dokumenty, telefon i notes, Ginny chwyciła go za ramię. Chwilę później znaleźli się w jakimś zaułku.
     - Gdzie my…
     - Dwie ulice przed twoim biurem. Musieliśmy się teleportować na uboczu. Nie chcemy przecież, żeby jakikolwiek mugol mógł zobaczyć coś nieprzeznaczonego dla jego oczu.
     - Tak po prostu się teleportowaliśmy?
     - No, tak… - odpowiedziała powoli, przyglądając się coraz bardziej bladej twarzy Thomasa. – Czy…
     - Aha.
     Tyle zdążył odpowiedzieć, nim legł prosto na plecy. Zemdlał. Ginny przez chwilę nie wiedziała, co robić.
     - Cholera – zaklęła, po czym znów złapała go za ramię. Tym razem wylądowali przed wejściem do Nory. Było to pierwsze miejsce, które przyszło jej na myśl. – Halo! Mamo!
     Ginny rzuciła zaklęcie lewitujące na nieprzytomnego Pattersona i wraz z nim weszła do środka.


27 stycznia 2015

Odwracając czas (5.2)

ROZDZIAŁ V, PART II

     Biła się z myślami pół dnia, zastanawiając się nad poczynaniami Harry’ego. Nie wierzyła, że mógł potraktować ją w tak perfidny i niekulturalny sposób. Zignorował ją, do czego kobieta ostatnimi czasy kompletnie nie była przyzwyczajona. Odkąd została gwiazdą quidditcha, nie trafiła się sytuacja, żeby ktoś nie spełnił jej prośby czy życzenia. Poza tym łudziła nadzieję, że po ukazaniu się artykułu w Proroku Codziennym Harry w jakikolwiek sposób da o sobie znać. Liczyła, że kiedy zobaczy ich razem na zdjęciu z romantyczną scenerią, jego uczucia w stosunku do niej znów się ujawnią. Tymczasem czuła się kompletnie nieważna.
     Ginny się to nie podobało i poddenerwowana od parunastu minut chodziła w kółko, kątem oka zerkając na kominek. W kuchni oprócz niej krzątała się Molly, przygotowując kolację, na którą zaprosiła Rona z Mariettą.
     - Co się dzieje, Ginny? – spytała Molly, przyglądając się ze zmartwieniem córce. Różdżkę miała wysoko uniesioną, co chwila rzucała zaklęcia na poszczególne naczynia i przyrządy kuchenne. Nóż samoistnie pokroił marchewki i cebule, po czym tacka z pokrojonymi w talarki warzywami uniosła się w powietrzu i zrzuciła zawartość do garnka z gotującą się wodą. Następnie zaczarowana drewniana łyżka zaczęła mieszać wywar. Tarka obok również pracowała, a Molly kolejnym machnięciem różdżki wsypała krztynę przypraw do sałatki. Wszystkie czynności miała wypracowane do perfekcji, czym często zadziwiała domowników patrzących na matkę czy żonę z podziwem.
     - Nic.
     - Przecież widzę. Masz niedługo jakiś ważny mecz? Martwisz się?
     - Nie, mamo.
     Molly westchnęła. Od kiedy Ginny postawiła na karierę, zrywając z Harrym i ograniczając kontakt z rodziną, nie potrafiła się z nią dogadać.
     - Mogłabyś wyjść z kuchni, dopóki cię z powrotem nie zawołam?
     - Słucham? Jak ty się do mnie zwracasz, młoda panno? – Molly z oburzeniem założyła ręce pod boki.
     - To ważne, mamo. Chciałabym z kimś zamienić słówko.
     Pani Weasley głośno westchnęła, odczarowała akcesoria kuchenne, zmniejszyła ogień przy kuchence i wyszła. Ginny szybko kucnęła przed kominkiem, nabierając wcześniej garstkę Proszku Fiuu i wrzucając go w płomienie.
     - Harry Potter, Dolina Godryka – powiedziała i włożyła głowę w zielone płomienie. Już dawno nie używała kominków do komunikowania się, więc ciepło okalające jej twarz, lekko ją zaskoczyło.
     W pokoju panowała ciemność, ale po parokrotnym pomruganiu jej oczy zdołały się do niej przyzwyczaić. Przynajmniej dostrzegała kontury.
     - Harry! – krzyknęła, a jej głos odbił się od ścian. W ciemnym salonie panowała głucha cisza. Nie dosłyszała też żadnych odgłosów z piętra, kuchni czy łazienki, więc Harry’ego ewidentnie nie było w domu.
     Wynurzyła głowę, by po chwili znów rzucić proszkiem i tym razem połączyć się z kominkiem Hermiony. Za wszelką cenę pragnęła odnaleźć Harry’ego i zamienić z nim słówko. Nie liczyła się z faktem, że mogłaby mu i Hermionie w czymś przeszkodzić. Nawet w tak prozaicznej czynności, jakim było jedzenie kolacji czy rozmowa.
     - Harry!
     Ginny wpatrywała się w stół naprzeciwko. W jadalni, czyli w miejscu, gdzie Hermiona miała kominek, również nie było żywej duszy. Gdzie oni się, na Merlina, podziali? Musiała przecież pilnie spotkać się z Harrym!
     Zawiedziona i jeszcze bardziej rozgoryczona wyjęła głowę z kominka i wyszła z kuchni prosto do salonu.
     - Możesz już iść, mamo – zwróciła się do Molly, a sama usiadła na kanapie.
     Pani Weasley pokręciła głową na samolubne zachowanie córki. Domyślała się, z kim chciała aż tak bardzo porozmawiać, i nie podobała jej się ta uporczywość Ginny. Kiedyś jej córeczka bez słów stałaby z nią w kuchni i pomagała szykować kolację dla ojca i braci, a teraz? Nawet przez myśl jej nie przeszło, że matka może potrzebować pomocy. Wolała użalać się nad sobą i własnym życiem, oczekując, że każdy, kiedy tylko poprosi, od razu ją wesprze. Molly nie tak ją wychowywała… W głębi duszy miała nadzieję, że Ginny sama zrozumie swoje postępowanie i się poprawi.
     Godzinę później w Norze słychać było głośne rozmowy i śmiechy. Poza Ronem i Mariettą w odwiedziny do rodziców przyszedł także George z Angeliną i małym Fredem. Byli już po kolacji, więc rozsiedli się w salonie, popijając kawę lub herbatę i zagryzając je ciastem. Artur po jedzeniu od razu poszedł do pokoju się położyć, tłumacząc się złym samopoczuciem. Molly ze zrezygnowaniem i troską odprowadziła męża wzrokiem, by chwilę później zająć się małym Freddym raczkującym po dywanie. Marietta uważnie przypatrywała się malcowi, co nie uszło uwadze wnikliwej teściowej. Uśmiechnęła się do siebie, wiedząc, że jeszcze trochę i Marie zacznie się starać o dziecko. Zerknęła na Rona, aby zobaczyć, czy jest choć nieco zorientowany w uczuciach swojej żony, ale ten obżerał się w najlepsze kruchymi ciasteczkami.
     - Wiecie może, co ostatnio dzieje się z Harrym? – zaczął Ron, a Molly nie omieszkała spostrzec, że Ginny lekko wyprostowała się, stając się dziwnie zainteresowaną. – Nie widziałem go od czasu wypadku, w pracy też go dzisiaj nie było. Pytałem się Dariusa, ale powiedział, że Harry wziął dwudniowy urlop. Dziwne, nie?
     - Harry zawsze bierze wolne w rocznicę śmierci rodziców, Ron.
     - No dobrze, Marie, ale miał na to cały weekend. Czemu wziął jeszcze te dwa dni? Może jest chory? Rozmawiał z nim ktoś ostatnio?
     - Spotkałam się z Harrym w sobotę i wydawał się być zdrowy – wtrąciła się Ginny, przyciągając na siebie zaciekawione spojrzenia. – Strasznie się spieszył.
     Marietta zmarszczyła czoło. Bardzo nie podobało jej się, że Ginny na siłę próbuje odzyskać Harry’ego.
     - Wiesz gdzie się spieszył?
     - Musiał się koniecznie spotkać z Hermioną – mruknęła Ginny po chwili zastanowienia, a Marie na te słowa zadrgały kąciki ust. Miała nadzieję, że Harry nie okaże się aż takim głupkiem, jak w przeszłości, i nie zaufa Ginny.
     - To wszystko jasne. Mój kumpel postanowił zrobić sobie krótkie wakacje – zachichotał Ron i zaczął pochłaniać kolejne ciastko. – Ale że Hermiona się na to zgodziła mimo pracy? Oho, musiał użyć naprawdę silnych argumentów.
     - Albo wciąż używa – dołączył się George i obaj bracia zaśmiali się głośno.
     - Dajcie spokój! – burknęła Ginny. – Chciałam dzisiaj odwiedzić Harry’ego, ale nie było go w domu…
     - Jest pewnie u Hermiony.
     George wzruszył ramionami.
     - U Hermiony też go nie było.
     - E tam, Ginny. Jest milion innych miejsc, do których mógłby pójść. Harry nie jest już dzieckiem i da sobie radę.
     Kobieta od razu zamilkła i założywszy ręce na ramiona, oparła się zła na kanapie. Freddy zaczął coś gaworzyć, przykuwając uwagę obecnych. Rozmowa rozpoczęła się na powrót, lecz tym razem dotyczyła malca. Molly wypytywała, jak Angelina sobie z nim radzi, czy nie potrzebuje pomocy w wychowaniu, czy Fred nie sprawia problemów. Marie siedziała dziwnie milcząca, a Ron i George w najlepsze żartowali.
     - Nie możecie zrozumieć, że się martwię! – wypaliła raptownie Ginny. Wstała na równe nogi i złapała się pod boki. – Muszę wiedzieć, co się dzieje z Harrym.
     - Nie jesteś najważniejsza, Ginny! Harry spotyka się z Hermioną, kiedy to wreszcie do ciebie dotrze?! – krzyknęła niespodziewanie Marietta, po czym szybko zasłoniła usta ręką. Spojrzała ze smutkiem w oczach na Molly. – Przepraszam, pani Weasley… Nie powinnam była się odzywać. To pani córka. Przepraszam.
     Molly patrzyła na opuszczoną głowę Marie, po czym podeszła do niej i najzupełniej w świecie przygarnęła ją w ramiona. Marietta zagryzła wargę, starając się nie rozpłakać. Nie wiedziała, dlaczego nagle tak wybuchła, ale po prostu nie potrafiła dłużej patrzeć na egoistyczne podejście do życia Ginny i nieprzejmowanie się uczuciami innych. Szczególnie żal w tym względzie było jej Hermiony.
     - Marie, ty też jesteś dla mnie jak córka. – Pani Weasley uśmiechnęła się dobrodusznie. – I masz zupełną rację.
     - Czyli ty też uważasz, że jestem samolubna?
     Molly popatrzyła na Ginny z naganą, ale zanim coś powiedziała, przerwał jej George:
     - Chyba wszyscy tak uważamy. Szczególnie w tym momencie. Będziemy już lecieć – zwrócił się do matki. – Kolacja była pyszna. Postaramy się wpadać częściej albo przynajmniej podrzucać ci Freddy’ego.
     Ostatnimi słowami starał się rozbawić resztę, ale atmosfera w salonie był tak gęsta, że można by ją kroić nożem.
     - Do widzenia – dodała Angelina, podnosząc Freda na ręce, po czym razem wyszli przed dom, skąd teleportowali się z głośnym trzaskiem.
     - My chyba też będziemy się zbierać, mamo.
     Ron starał się uśmiechnąć do Molly, ale wyszedł mu jedynie grymas. Objął żonę w pasie. Widział, że ostatnio działo się z nią coś złego i mimo nienawiści do poważnych rozmów, przeczuwał, że tej nadchodzącej nie dało rady pominąć. Marie kiwnęła tylko głową. Była zbyt zażenowana i wzruszona jednocześnie całą zaistniałą sytuacją, by móc coś powiedzieć.
     Wreszcie w salonie zostały jedynie Molly i Ginny.
     - Musimy porozmawiać. To ważne – zaczęła Molly powoli.
     - Daj spokój, mamo. Nie mam ochoty słuchać o tym, jak to bardzo egoistyczna jestem. Ani o tym, że powinnam spędzać więcej czasu z wami. Mam własne życie.
     - Masz, to prawda, ale…
     - Mamo! Nie zmienię własnego zachowania tylko dlatego, że ty i George tak uważacie! Podobam się sobie, jaka jestem, a jestem ostatnio zdecydowanie bardziej pewna siebie. To przecież zaleta! Poza tym muszę taka być ze względu na quidditcha, inaczej ani ja, ani moja drużyna nie wygralibyśmy żadnego meczu. Sam trener mówi, że trzeba wiedzieć, czego się chce, i po to sięgać. Bez względu na trudności, bez względu na tłuczki i przeciwników. Jeżeli się w siebie wierzy, jest już się wygranym.
     - Trener ma rację, ale nie dotyczy to każdego momentu w życiu. Czasami trzeba wiedzieć, kiedy się wycofać.
     - Pijesz teraz do mnie i Harry’ego? – zapytała Ginny, wzdychając głośno. – Dobrze wiesz, co do niego czuję.
     - Gdybyś go kochała, nie zostawiłabyś go, żeby polatać na miotle.
     - Żeby pracować. Ja pracuję, mamo! Zarabiam, jak każdy normalny człowiek.
     Ginny coraz bardziej zaczynała denerwować ta bezsensowna rozmowa. Ona miała swoje racje, Molly swoje, przez co z pewnością się nie dogadają. Raczej pokłócą, czego Ginny nie chciała. Nienawidziła kłócić się z matką.
     - Mimo wszystko go zostawiłaś, więc nie masz prawa teraz myśleć o odbiciu go Hermionie. Nawet nie wiesz, jak bardzo byś nas tym zawstydziła, Ginny. Musisz przestać.
     - Dalej mówisz o Harrym?
     - O Harrym, pracy i twoim zachowaniu. Musisz przestać – powtórzyła Molly, podchodząc i starając się przytulić córkę. Ginny jednak zwinnie wymknęła się z jej uścisku.
     - Może ja o tym zadecyduję, co? To moje życie.
     - Znowu ty i twoje życie! – wybuchła pani Weasley, nie mogąc się powstrzymać. – Odkąd tu przyjechałaś słyszę tylko o tobie i twoich problemach! Mam tego dość! Nawet nie zapytałaś, co u ojca, choć widzisz, że nie czuje się zbyt dobrze.
     Zaskoczenie wymalowało twarz Ginny.
     - Co u taty? – zapytała ciszej, przerywając kontakt wzrokowy z matką i zerkając na podłogę.
     - Źle.
     Molly popatrzyła na córkę potępiającym spojrzeniem, po czym skierowała się w stronę kuchni. Ginny od razu pognała za matką.
     - Jak to źle? Co mu jest? Jest chory?
     - Bardzo źle i tak, jest chory. Ale przecież ciebie to w ogóle nie interesuje, więc po co pytasz? Masz przecież swoje życie.
     - Na co? – zapytała cicho Ginny. Reszta słów Molly zupełnie ją nie interesowała. Chciała tylko wiedzieć, co z ojcem.
     - Nie wiadomo – westchnęła pani Weasley. – Uzdrowiciele jeszcze nie zdiagnozowali choroby.
     - Ale to zrobią, tak? Będą wiedzieli, na co tato jest chory?
     - Nie wiem.
     Ginny z przerażeniem wpatrywała się w mamę, czując w oczach napływające łzy. Molly wiedziała, że przesadziła, mówiąc o tym córce aż tak dosadnie, ale była zbyt zła, by rozsądnie myśleć. Do tej pory nikt nie wiedział o niedobrym stanie Artura. Zachowała się zgoła niesprawiedliwie, zrzucając ciężar tej wiadomości na córkę, ale nie potrafiła już utrzymać tego w tajemnicy.
     - Co zamierzasz z tym zrobić? – spytała Molly.
     Ginny zrobiła w tej chwili to, co uważała za najbardziej słuszne. Przywołała różdżką płaszcz i szybko wyszła z domu, teleportując się. Znalazła się na głównej ulicy w Hogsmeade, skąd ruszyła do Trzech Mioteł. Właściwie sama nie wiedziała, dlaczego tu wylądowała. Pomyślała jedynie o jakimś miejscu, gdzie spokojnie będzie mogła pomyśleć i przetrawić informacje z dzisiejszego dnia. Idąc, chuchała w ręce, ponieważ jesienny, listopadowy wiatr dawał się już nieźle we znaki.
     Weszła do rozświetlonego wnętrza pubu pełnego ludzi i gwaru. Swego czasu był to jej ulubiony lokal, szczególnie do czysto towarzyskich spotkań. Tym razem jednak nie przybyła tu, żeby z kimś porozmawiać, tylko aby posiedzieć w samotności. Usiadła więc przy barze, zamawiając miód pitny, który, miała nadzieję, zdoła ją rozgrzać. Na dworze panował ziąb, to fakt, ale przenikające zimno czuła również w środku. Dreszcze na skórze były ich idealnym dowodem.
     - Ginny? Ginny Weasley?
     Kobieta podniosła głowę, chcąc odpędzić nachalną osobę, zapewne kolejnego fana. Z zaskoczeniem wpatrywała się w brązowe oczy Hanny Abbott, lśniące wesołością.
     - Hanna – uśmiechnęła się Ginny. – Kompletnie zapomniałam, że tu pracujesz.
     - Nie ma się czym chwalić. Za to ty nie próżnujesz, Ginny. Quidditch?
     - Jakoś tak wyszło – zbyła ją Ginny, nie mając ochoty znów rozmawiać o pracy. Nie po dzisiejszej kłótni z mamą. – A co tam słychać u Neville’a? Już dawno go nie widziałam.
     Hannie humor widocznie się pogorszył.
     - Najlepiej będzie, jeżeli sama go o to zapytasz. Zerwaliśmy.
     - Och! Przykro mi, nie wiedziałam.
     - Nie szkodzi. – Wzruszyła ramionami. – Przepraszam na moment.
     Hanna podeszła do klienta, uśmiechając się. Nawet coś tam zażartowała. Podała mu coś, co bardzo przypominało kremowe piwo, po czym znów stanęła tuż przed Ginny.
     - Jak się trzymasz?
     Tym razem Hanna również wzruszyła ramionami, lecz zrobiła to bardziej niespokojnie. Ginny od razu wiedziała, że coś musiało pójść nie tak w ich związku, inaczej Abbott nie przejmowała by się aż tak bardzo.
     - A mogę wiedzieć, co się stało? – spytała Ginny po chwili ciszy, nie mogąc powstrzymać ciekawości.
     - Cóż – chrząknęła Hanna na dość niewygodne pytanie – nasz związek nie miał sensu. Znaczy, pewnie miał, ale oboje z Nevillem strasznie go zaniedbaliśmy. On był zajęty Hogwartem, ja sprawnym działaniem pubu. Postanowiliśmy wreszcie dać temu spokój i zająć się własnymi sprawami.
     - Popełniasz ogromny błąd, Hanno – wypaliła Ginny, samą siebie szokując. – Wiem to z własnego doświadczenia. Nie zostawiaj miłości kosztem pracy. To nigdy nie wyjchodzi na dobre.
     - Tak szczerze, to nie twoja sprawa, Ginny.
     - Wiem i masz rację, ale zapamiętaj moje słowa. A najlepiej szybko to przemyśl i napraw.
     Hanna wpatrywała się w Weasley nieodgadnionym spojrzeniem. Ginny szybko dopiła miód, po czym położyła pieniądze na barze.
     - Do zobaczenia, Hanno.
     I wyszła na dwór, nawet nie oczekując odpowiedzi.
     W ciągu tego krótkiego czasu uświadomiła sobie błąd, który popełniła lata temu. Już dawno nie pragnęła kogoś tak bardzo jak Harry’ego i z każdą sekundą wytykała sobie własną głupotę i egoizm. Mama miała rację, była samolubna. Nie miała na względzie w ogóle uczuć innych, szczególnie Harry’ego, którego jak najszybciej powinna przeprosić za swoje dawne zachowanie. Może dzięki temu uda jej się go odzyskać?
     Przynajmniej się postara. Z taką myślą teleportowała się z powrotem do Nory w celu przeproszenia Molly. Chciała też zobaczyć, jak się czuje ojciec i mu pomóc. Fakt faktem wysyłała rodzinie pieniądze, ale najwyraźniej potrzebowali większego wsparcia finansowego. Ginny musiała więc bardziej się postarać.

* * *

     O trzeciej nad ranem Harry’ego obudziło głośne nawoływanie z dołu. Przecierając oczy, na które założył okulary, poczłapał najpierw w stronę schodów, a później prosto do salonu. Na wszelki wypadek wziął różdżkę. Nie do końca wiedział, co się wokół niego działo, aczkolwiek kiedy zauważył ponury wyraz twarzy Blaise’a Zabiniego, senność szybko się ulotniła. Głowa dawnego Ślizgona wystawała z zielonych płomieni.
     - Nareszcie, Potter! Ruszaj tyłek do biura, mamy sytuację awaryjną.
     Blaise zniknął, a Harry zaklęciem przywołał spodnie, koszulkę i bluzę, które w mgnieniu oka na siebie narzucił. Zgarnął trochę Proszku Fiuu z miseczki na kominku, po czym wszedł w zielone płomienie, przenosząc się do własnego biura.
     Z zaskoczeniem zauważył pięć par oczu przyglądających się mu w skupieniu. Darius Berrow, zastępca Harry’ego, znajdował się tuż obok. Miał bardzo poważną minę, z której Potter wywnioskował, że musiało się stać coś złego. Za Dariusem stała Sue Li wraz z Elisabeth, która co chwila przytykała rękę do ust, starając powstrzymać ziewanie. Dalej był Patrick i na końcu Blaise oparty o biurko Harry’ego z nonszalancko założonymi rękoma na piersiach.
     Po wojnie, kiedy Harry zaczął uczęszczać na Kurs Aurorski, był strasznie zdziwiony obecnością Zabiniego. Nie spodziewał się, że kumpel Malfoya posunie się do tego, by zostać aurorem. Poza tym Ron skutecznie Harry’ego podjudzał, przez co przez trzyletni kurs prawie cały czas wymieniali się groźnymi spojrzeniami i pełnymi ironii gadkami. Dopiero pod koniec, gdy musieli razem chodzić na różnego rodzaju misje, ich stosunki zaczęły się nieco ocieplać. Nie rzucali już w siebie przezwiskami. A raczej nie robili tego aż tak często i bardziej brali to na żarty, co strasznie nie podobało się zwierzchnikom. Uważali oni, że takie dziecinne zachowanie nie pozwoli im razem współpracować. Niemniej, każde zadanie Harry i Blaise wykonywali bezbłędnie, zapominając o konflikcie. Potem razem pracowali w biurze, a gdy Potter został szefem, nic w ich relacji się nie zmieniło. Blaise nie traktował Harry’ego jako przełożonego, często się z niego naśmiewał i dokuczał, ale jeżeli miał jakieś ważne zadanie do wykonania, nigdy nie polemizował. Słuchał Pottera, szczególnie gdy razem wyruszali w teren. Ufał jego decyzjom i pomysłom, chociaż potrafił także wtrącić swoje trzy grosze do planu albo skrytykować Pottera, jeżeli coś mu się nie spodobało.
     Harry był mu za to bardzo wdzięczny. Zabini jako jeden z niewielu nie traktował go jak bohatera wojennego i się z nim nie cackał. Bardzo to Harry’emu pomagało, szczególnie w takich przypadkach jak dziś, kiedy musiał wydać ważne rozporządzenia. W każdym razie tak myślał, ponieważ wszyscy wpatrywali się w niego z widocznym wyczekiwaniem.
     - Nie mam pojęcia, o co chodzi – westchnął Harry, opuszczając ręce. – Zabini budzi mnie w środku nocy i gada o jakiejś sytuacji awaryjnej, a wy się tylko na mnie patrzycie. Jestem więc i czekam na wyjaśnienia. Darius?
     Berrow z ożywieniem zaczął opowiadać o znalezionych planach budynku, w którym najprawdopodobniej zgromadzili się ostatni Pożeracze. Była to banda pozostałych na wolności Śmierciożerców, których nie udało się złapać. Postanowili oni dalej wyznawać i propagować idee Voldemorta, zrzeszając coraz więcej osób. Pożeracze ujawnili się dopiero jakieś dwa lata temu, napadając na mugolską wioskę i wybijając połowę ludzi. Aurorom udało się zabić trzech i złapać jednego, którego potraktowali Veritaserum. Od tamtego czasu próbowali powstrzymać nową grupę szerzącą zło, ale okazało się to bardzo trudnym zdaniem, gdyż Pożeracze co chwila się przemieszczali. Nie osadzają się w jednym miejscu, co wielokrotnie okazało się naprawdę skutecznym posunięciem. Kiedy tylko Harry z oddziałem aurorów myślał, że znalazł ich kryjówkę, tak naprawdę wchodzili do pustego budynku z martwymi ciałami mugoli, których ewidentnie torturowano. Dopiero parę miesięcy temu ktoś wpadł na pomysł inwigilowania, przez co wkrótce do bandy przyłączyła się trójka dokładnie wyselekcjonowanych i przygotowanych aurorskich szpiegów.
     - Skąd wiemy, że to ich prawdziwe lokum? Może to zasadzka?
     Harry spojrzał na Dariusa, ale to Blaise mu odpowiedział.
     - Bo wiemy. Mamy potwierdzone informacje od Damiena, że Pożerki – zironizował, jak to zawsze miał w zwyczaju robić – zebrali się w jednym miejscu, chcąc omówić jakieś ważne kwestie. Podobno mają plan przeprowadzenia kolejnego ataku, który tym razem ma wywołać większe zamieszanie u czarodziejów.
     Nagle do biura Harry’ego wpadł Ron, cały czerwony na twarzy i niemogący złapać oddechu.
     - Torus, Damien i Hugh dostali wezwanie do przybycia i właśnie się teleportowali - mówiąc to, oparł ręce o kolana, pochylając się. – Musimy się spieszyć, nim ta banda gnojków zorientuje się, że znamy miejsce ich spotkania.
     - Racja, Ron, trzeba się ich wreszcie pozbyć – zgodziła się Elisabeth i popatrzyła na Harry’ego. – Co mamy robić?
     Harry westchnął głośno, czując, jak serce zaczęło walić mu w piersi. Adrenalina buzowała, podobnie jak myśli szybko kotłujące się w głowie. W oka mgnieniu wymyślił zalążek planu zatrzymania Pożeraczy.
     - Potrzebujemy ludzi. Elisabeth, ty i Sue, musicie zebrać przynajmniej dwudziestkę osób. Nie wiemy dokładnie, ilu Pożeraczy stawi się na wezwanie, ale musimy założyć, że przynajmniej z piętnaście. Nie obejdziemy się bez dokładniejszych informacji, więc ty, Patrick, spróbujesz skontaktować się z Damienem czy z kimkolwiek z wtyczek. Powiedz, że potrzebujemy konkretnej liczby ludzi przebywających w zajętym budynku. O zakładników też zapytaj – wydawał polecenia Potter mocnym, ale spokojnym tonem. Sam siebie momentami zadziwiał, że w tak – mogłoby się wydawać – naglących sytuacjach potrafił zachować zimną krew i skupienie. Kiedyś taki nie był. Harry miał wrażenie, że zdobył tę umiejętność w trakcie szkolenia albo zaraz po objęciu stanowiska Szefa Aurorów, kiedy musiał być odpowiedzialny za kogoś innego, a nie tylko za siebie.
     - Jak mam to zrobić? Oni się już teleportowali.
     - Skontaktuj się z Philipem – wtrącił Darius, wspominając o szefie Komunikacji i Wynalazku Tajemniczego, bezpośredniego odłamu Biura Aurorskiego, będącego odpowiedzialnym za wszelkie sprzęty i środki łączności oraz przekazywanie informacji pomiędzy aurorami obecnymi na misji.
     - Dobry pomysł – pochwalił Harry, po czym zwrócił się do Sue i Elisabeth. – Jak już sprowadzicie ludzi, to… Gdzie właściwie mają się spotkać Pożeracze?
     - Stara, porzucona fabryka pod Londynem. Niestety, nie znamy konkretnego adresu. Hugh mówił, że nie dostał dokładniejszych wytycznych. Podobno ma się teleportować w Slough w zaułku naprzeciwko Wexham Park Hospital i zmierzać na północ w stronę lasu.
     - Ale tam jest milion fabryk. Jakim cudem będą wiedzieli która to?
     Harry zamilkł, zastanawiając się. Na moment pojawiła się przelotna myśl, której od razu starał się pozbyć. Blaise jednak na to nie pozwolił, potwierdzając jego przypuszczenia.
     - Rusz głową, Potter. Wpadliśmy. To pułapka. Koniec naszego wspaniałego spisku. Teraz zamiast złapania tych cholernych Pożerek, będziemy musieli odbić naszych. Wspaniale, akurat o tym marzyłem po całym dniu harówy.
     Ron już otwierał buzię, aby zripostować, ale wtrącił się Darius.
     - Zrobimy to i to – oznajmił powoli, przyciągając na siebie spojrzenia. Odchrząknął i powtórzył głośniej: - Zatrzymamy Pożeraczy i uwolnimy zakładników.
     - Niby jak chcesz to zrobić?
     - Spokojnie, Blaise. Chyba mam pomysł... Musimy udawać zaskoczonych, kiedy powiedzą nam o złapaniu Damiena, Hugh i Torusa. Najlepiej będzie, jeżeli wpadniemy w panikę, co tylko utwierdzi ich w przekonaniu o naszej głupocie. To będzie zadaniem grupy pierwszej. Druga, o wiele liczniejsza, podejdzie od tyłu i zaatakuje Pożeraczy z zaskoczenia. Już w budynku. Wtedy grupa pierwsza dołączy i rozgorzeje walka.
     - No dobrze – westchnął Harry – ale co z zakładnikami? Kiedy tylko zorientują się, że wpadli w zasadzkę, zabiją wszystkich zakładników. Poza naszymi, nie wiemy, ile ich tam jest.
     - Dlatego podzielimy się na trzy grupy. Do zadań ostatniej będzie należało właśnie odbicie uwięzionych ludzi. Będzie to najmniejsza grupa, najwyżej czteroosobowa. Wejdą do fabryki, odbiją wszystkich i dadzą nam sygnał na atak.
     - Mamy tylko jeden problem, Berrow – rzucił Zabini. – Nie wiemy, gdzie jest ta nieszczęsna fabryka, nie wspominając o planach budynku. Zakładnicy na pewno będą pilnowani przez jakiś oddział, jeśli nie przez wszystkie Pożerki. Nie damy rady przedrzeć się niezauważeni, nawet jeżeli znajdziemy fabrykę. Oni nie są aż tak głupi, na jakich wyglądają. Z pewnością rzucili zaklęcia ochronne.
     - Nie mówiłem, że znalazłem rozwiązania wszystkich problemów, Blaise – odciął się Darius.
     - Och, przecież to łatwe – zaśmiał się niespodziewanie Ron, a kiedy każdy z obecnych rzucił mu zaskoczone spojrzenie, jego twarz przybrała nienaturalnie czerwony kolor. – Zanim Hugh się teleportował, przypiąłem mu magnadajnik, nowy wynalazek Philipa.
     - Mag-co?
     - Magnadajnik, Sue – uśmiechnął się w stronę koleżanki. – To zabawka mugoli, tylko trochę podrasowana. Philip mówił, że pozwala na znalezienie kogoś nawet w środku piętnastokilometrowego lasu. I to z dokładnością do jednego milimetra. Jeśli Hugh został już porwany i siedzi w fabryce, to bez problemu dowiemy się, gdzie ta fabryka jest i jak wygląda. Teleportujemy się na miejsce dzięki magicznemu czytnikowi, przeskanujemy budynek zaklęciem i będziemy mieli informacje, których potrzebujemy. Proste.
     Harry starał się szybko pozbierać po zaskoczeniu, jakim był niespodziewany przypływ inteligencji kumpla. Podszedł do niego i poklepał go niezgrabnie po plecach.
     - Dobra robota, Ron. Naprawdę świetna.
     Tymi słowami sprawił, że Weasleyowi zaczerwieniły się nawet kąciki uszu.
     - E-e, no, dzięki, Harry.
     - Tracimy czas przez te wasze czułości – wytknął Blaise. – Ruszajmy już, nie ma chwili do stracenia. Aha, i zajmuję sobie miejsce w grupie drugiej. Mam ochotę zmyć zaklęciem uśmieszki z tych okropnych gęb Pożerek. I to niejednym.
     Harry wywrócił oczami.
     - Nie wiemy jeszcze, ilu dokładnie jest tam zakładników i ilu Pożeraczy, ale myślę, że nie są to niezbędne informacje. Chociaż niewątpliwie by się przydały – dodał po cichu. – Dobra, bierzmy się do pracy. Sue i Elisabeth pójdą po ludzi. Jak najwięcej i najszybciej, proszę – wydał kolejne rozporządzenia Potter, po czym kobiety wręcz wybiegły z biura, kiwając głowami. – Piątka ludzi będzie w jedynce…
     - To zdecydowanie za mało, Harry. Pożeracze mogą się zorientować, że coś nie gra, widząc taką małą grupę.
     - Berrow ma rację, Potter. Myślę, że ósemka to będzie dobra liczba. Nie wiadomo, ilu ludzi uda się ściągnąć, ale myślę o około dwudziestce. W takim razie dwunastka ze mną na czele będzie w ataku. Poza tym grupa pierwsza i tak bądź co bądź do nas dołączy. W trójce…
     - Będę ja z Ronem i chcę dwójkę ludzi do pomocy.
     Harry popatrzył na przyjaciela, a ten bez zastanowienia pokiwał głową na znak zgody.
     - Dobrze – odetchnął Darius – więc wszystko jasne. W takim razie ja polecę do Philipa po informacje związane z fabryką. Wolę to zrobić sam i mieć pewność, że coś nie zostało pominięte. Adres podam w międzydziałowym samolociku, który tutaj wyślę. I tam…
     - Wiemy, Berrow. Tam skierujemy resztę aurorów. Ustawimy się jak najdalej zaklęć ochronnych, przy okazji spróbujemy je po cichu zniszczyć. Jednak grupa z przodu, druga na tyłach, a trzecia będzie próbowała wedrzeć się do środka. Proste.
     Kiedy tylko Darius zniknął za drzwiami, do biura Harry’ego zaczęło przybywać coraz więcej ludzi. Zaspani, rozbudzeni, zadowoleni, źli, wszyscy ustawiali się w wejściu, oczekując dalszych informacji. Wreszcie pojawiły się zziajane Elisabeth i Sue.
     Harry szybko wydał rozporządzenia. W międzyczasie przyleciał również obiecany samolocik od Dariusa, więc pięć minut później wszyscy stali już na swoich pozycjach, uzbrojeni, wyczekujący i przede wszystkim milczący.
     Fabryka była ogromna, cała z czerwonej cegły. Jedynie kominy, wysokie aż do nieba, lśniły czernią. Harry miał wrażenie, że kiedyś musiały być srebrne, ponieważ gdzieniegdzie połyskiwały w mroku nocy. Teleportował się jakieś pięć minut temu i nadal nie mógł nadziwić się dostojności budynku. Fabryka liczyła około siedem pięter, z czego na każdym znajdowało się przynajmniej dziesięć małych i obklejonych gazetami okienek. Niektóre okna w ogóle nie miały szyb, co tylko utwierdzało w przekonaniu, że została zamknięta przed laty. Zabite deskami główne drzwi też były tego dowodem. Harry dokładnie zmierzył wzrokiem każde z możliwych wejść, zastanawiając się, które najlepiej posłuży do ich wkroczenia.
     Kątem ucha słuchał, jak jego zastępca wydaje reszcie aurorów rozkazy i komendy, na dźwięk których będą musieli atakować. Harry cieszył się, że ta rola przypadła akurat Dariusowi, gdyż sam czuł się strasznie źle, będąc w środku zainteresowania. Mimo tych wszystkich lat życia pod pseudonimem Wybrańca do tej pory nie potrafił przezwyciężyć strachu przed większą publicznością. Berrow za to świetnie sobie radził w podobnych sytuacjach. Mówił krótko, zwięźle i na temat, przy okazji szybko i szczegółowo odpowiadając na zadane pytania. Każdego dokładnie informował o powierzonym zadaniu, a gdy wreszcie skończył, powtarzał główne kwestie i założenia. Zazwyczaj po wygłoszonym przemówieniu aurorzy byli pełni chęci do walki, czujni oraz zadowoleni z przypisanej im roli. Harry’emu pozostało jedynie wytypowanie przewodzących grup. Grupą drugą więc zajął się Blaise, głównie dlatego, żeby mieć od niego spokój. Gdyby Zabiniemu się coś nie spodobało, nie omieszkałby wspomnieć o tym Harry’emu, przez co ten miałby jeszcze więcej na głowie. Poza tym ufał Blaise’owi i wiedział, że dobrze poprowadzi swoich ludzi. Darius zajął się jedynką, stał na czele „przynęty”. Potterowi nie podobała się ta nazwa, ale Blaise i – o dziwo – Ron stwierdzili, że jest świetna i idealnie pasuje.
     Wewnątrz fabryki nagle rozległ się stłumiony krzyk, który niemal natychmiast ustawił wszystkich do pionu. Rozdzielili się. Każdy poszedł na przypisane stanowisko.
     Chwilę później Harry, Ron, Patrick i Elisabeth próbowali przedrzeć się przez zaklęcia ochronne i dotrzeć do zadaszonych drzwi prowadzących zapewne do piwnic fabryki. W zupełnej ciszy rzucali przeciwzaklęcia, by po chwili wedrzeć się do środka. Zanim jeszcze Harry wszedł, zerknął za siebie i zobaczył gdzieś w ciemnościach wysoko uniesiony kciuk.
     W środku panowały wręcz egipskie ciemności, więc Leanne mruknęła pod nosem „Lumos”, a z końca jej różdżki wydobyło się leciutkie światełko. Dziewczyna wedle woli mogła je bardziej rozjaśniać lub przyciemniać. Tej małej sztuczki nauczyli się na kursie aurorskim, co było niezwykle przydatną umiejętnością. Szczególnie w chwilach takich jak ta.
     Przesuwali się powoli, różdżki trzymając w pogotowiu. Tak naprawdę liczyli się ze wszystkim, ponieważ nie wiedzieli, z iloma dokładnie przeciwnikami będą musieli stoczyć walkę, by ochronić niewinnych. Na przedzie szedł Patrick z Leanne, a Harry i Ron trzymali się tuż za nimi, osłaniając tyły. Potter rozglądał się wokół, próbując wypatrzeć choćby najmniejszy ruch. Wreszcie przeszli przez ogromne, puste pomieszczenie, docierając do rozdroża. Jedna droga kierowała na wprost, druga lekko zbaczała w lewo. Harry pokazał ręką, że idzie z Ronem przed siebie, a reszta będzie musiała skręcić. Tak też zrobili. Potter nie lubił się rozdzielać, ale sytuacja tego wymagała. Krążąc we czwórkę w tym labiryncie pomieszczeń i korytarzy nie zdążyliby na czas uwolnić zakładników. Niby w każdej chwili Pożeracze mogli ich zabić, ale Harry miał przeczucie, że czekają na odpowiedni moment.
     Kiedy tak szli z Ronem przez korytarz z dużą ilością drzwi, Harry zamiast całkowicie skupić się na misji, zaczął podążać myślami w kierunku Weasleya. Było mu wstyd. Nie widział Rona od czasu tego nieszczęsnego wypadku, nie wiedział też, jak jego najlepszy kumpel się czuł. W zasadzie Marie wysłała mu wiadomość, że Ron zdrowieje, ale Harry, jako dobry przyjaciel, powinien go odwiedzić i upewnić się na własne oczy. Zamiast tego krążył po wspomnieniach Syriusza i podróżował w czasie, postępując trochę egoistycznie.
     - Przepraszam cię, Ron – wyszeptał niespodziewanie.
     Weasley, który sprawdzał, czy kolejne drzwi były zamknięte, znieruchomiał i odwrócił się do Harry’ego.
     - Za co?
     - Za brak czasu. Ostatnio tyle się dzieje w moim życiu, że nawet nie zapytałem, jak się czujesz.
     - Dobrze, nawet bardzo. Prawie jak nowonarodzony… Trochę gorzej jest z ojcem. Strasznie źle wygląda, osiwiał, co rusz się męczy i ciągle śpi. Boję się o niego. Poza tym Ginny ciągle kłóci się z mamą, więc w Norze nie jest za ciekawie… Zaraz, zaraz. A co takiego się dzieje?
     Harry wzruszył ramionami, nie chcąc przytłaczać kumpla kolejnymi problemami. Wystarczyło, że Hermiona znała prawdę o magicznej karteczce. Poza tym Harry przypuszczał, że wówczas Ron już kompletnie by się na niego obraził i poczuł pominięty. W sumie mu się nie dziwił, sam na miejscu Rona byłby zły. Dlatego lepiej, aby się w ogóle nie domyślił, że coś może nie grać.
     - Nic aż tak ważnego, żeby móc o tobie zapomnieć.
     - Jej, dzięki, stary. To już drugi komplement tej nocy. Mam się bać?
     - Nie – zaśmiał się pod nosem Potter. – Lepiej mi się wytłumacz, dlaczego, na Merlina, na tę misję z braćmi Benoit wziąłeś tylko mnie? Leanne i Justin już wcześniej zostali z tobą wydelegowani, więc się nie liczą, ale przecież mogłeś postarać się przynajmniej o piątkę ludzi. Tym bardziej że wiedziałeś o trollach.
     - Nie musisz mi tego mówić, bo wiem – westchnął ociężale Ron. – Mogłem wziąć nawet i milion osób do pomocy, ale szczerze? Z nikim nie czułbym się bezpieczniej niż z kumplem za plecami.
     Ron zaczerwienił się po uszy, a Harry’ego wzruszenie ogarnęło do tego stopnia, że poczuł niesamowite pragnienie rzucenia się na przyjaciela i jego mocnego przytulenia. Zanim by się do końca wygłupił, raptownie oprzytomniał, czując najpierw delikatne, a potem coraz mocniejsze drżenie sufitu. Obaj z Ronem podnieśli wzrok. Otynkowane ściany powoli zaczęły się sypać. Popatrzyli jednocześnie na siebie, by rzucić się biegiem do tyłu. Piętro wyżej zdarzyło się coś ewidentnie złego, więc Harry i Ron musieli jak najprędzej znaleźć Patricka i Leanne, a potem razem uwolnić zakładników. Harry miał tylko nadzieję, że Blaise nie odbierze tego trzęsienia jako sygnału do ataku… O ile było to jeszcze możliwe, przyspieszył.
     Nagle zza rogu korytarza wyskoczyło dwóch zamaskowanych Pożeraczy, którzy zanim się zorientowali, że stoją oko w oko z Aurorami, już leżeli spetryfikowani na posadzce. Ron rzucił na nich jeszcze mocnego Inarcerusa, po czym znów ruszyli do przodu. Raptownie poczuli kolejne, tym razem silniejsze, trzęsienie budynku. Harry wymamrotał przekleństwo, widząc różnokolorowe światła przelatujące koło okien. Blaise najwyraźniej rozpoczął atak.
     - Niedobrze… - szepnął do siebie.
     Zatrzymali się dopiero przed ogromnymi, dwuczęściowymi drzwiami, zza których dochodziły odgłosy świstu zaklęć. Bez chwili zawahania wbiegli do środka, gdzie ich oczom ukazało się dosłownie pole bitwy. Ron niemal natychmiast dołączył się do walki, po kolei starając się nokautować kolejne Pożerki. Harry za to uważnie rozglądał się po pomieszczeniu, szukając zakładników. Znalazł ich w kącie sali po przeciwległej stronie. Okrążył walczących, przy okazji pomagając obezwładnić przeciwnika Berrowa. Zastępca kiwnął mu głową w podziękowaniu i otarł pot z czoła, by ruszyć na pomoc Sue Li, która powoli zaczynała tracić kontrolę nad atakującym.
     Harry, otaczając siebie zaklęciem ochronnym, podbiegł do nieprzytomnego Hugh. Starał się go ocucić, ale nadaremno. Z zaskoczeniem poczuł czyjeś palce na ramieniu, więc w mgnieniu oka się odwrócił, celując różdżką w Justina Finch-Fletcheya.
     - Zwariowałeś?! – krzyknął Harry do Aurora. – Gdybym się w porę nie zorientował, że to ty, już dawno leżałbyś zdrętwiały pod moimi nogami!
     - Przepraszam, ale pomyślałem, że przyda ci się pomoc.
     Justin pokazał ręką na nieprzytomnych zakładników. Hugh, Damien, Torus, jakaś kobieta, na oko piętnastoletnia dziewczyna i podstarzały mężczyzna z burzą siwych włosów na głowie. Wszyscy siedzieli przywiązani do krzeseł lub leżeli na podłodze kompletnie nieprzytomni.
     - Poprzenoszę ich do Munga.
     - Dobra. Zaraz ci po…
     - Już jestem, Harry! – Stanęła przed nimi Sabine, aurorka z Działu Tropiącego. – Darius przysłał mnie tutaj. Mam ci pomóc.
     - Teleportujcie kolejno wszystkich nieprzytomnych do Munga i kiedy upewnicie się, że się nimi dobrze zajęli, wracajcie.
     - Czy mamy Obliviatować mugoli, jak tylko odzyskają świadomość?
     - Nie. Najpierw ich przesłuchamy. A teraz lećcie i nie traćcie czasu, Sabine.
     Kiedy tylko aurorzy zniknęli z dziewczynką i staruszkiem, Harry dołączył do walki. Z pierwszym Pożeraczem poszło mu zadziwiająco łatwo, bo już po dwóch minutach tamten leżał trafiony przez Drętwotę. Kolejny przeciwnik nie był jednak aż tak niedoświadczony. Zaciekle walczył z Potterem, odbijając każde zaklęcie i serwując ich całe serie. Harry nawet raz dostał w łydkę, czując nieprzyjemne mrowienie, a potem ból. Zauważył plamę krwi odciśniętą na jeansach. Kątem oka zerknął na nogę, co było jego ogromnym błędem. Pożeracz już otwierał buzię, by wykrzyczeć formułkę uroku, którego Harry zdecydowanie nie dałby rady odparować, kiedy nagle się deportował. Bez słowa po prostu zniknął. Zaskoczony Potter rozejrzał się wokół, czy aby nie pojawił się tuż za nim, chcąc zaatakować od tyłu. Nic takiego nie miało miejsca.
     - Co się dzieje? – Usłyszał głos Zabiniego. Powędrował wzrokiem w tamtą stronę, widząc, jak Blaise opuszcza różdżkę. Najwidoczniej nie tylko jego przeciwnik postanowił rozpłynąć się w powietrzu. Pożerki uciekli, pozostawiając zaszokowanych aurorów.
     Harry przechodził koło spetryfikowanych ciał Pożeraczy, których wkrótce wezmą na przesłuchanie i wsadzą, w najlepszym wypadku, do Azkabanu. Widział także paru swoich rannych ludzi, ale wyglądali w miarę dobrze, jak po zwyczajnej misji w terenie. Podszedł do Rona i Zabiniego, którzy się o coś sprzeczali. Kiedy jednak go zauważyli, dziwnie szybko zamilkli.
     - Co jest?
     - Nic takiego, Harry. Nie przejmuj się.
     - Przestań pieprzyć, Weasley – warknął Blaise. – Właśnie masz się przejmować, Potter. Leanne, Samuel, Elisabeth, Josh i John są nieprzytomni. Nie możemy ich dobudzić i zaraz przeniesiemy ich na oddział pozaklęciowy w Mungu.
     - To dziwne… Wszyscy zakładnicy byli w identycznym stanie. Justin i Sabine się nimi zajęli – dopowiedział Potter na nieme pytanie Rona.
     - Chyba mamy kolejny problem – wtrącił się do rozmowy Patrick, który wpatrywał się w coś przed sobą. Ron, Blaise i Harry niemal natychmiast odwrócili głowy.
     Parę kroków dalej nad jakimś ciałem stała grupka ludzi. Nie mieli zbyt zadowolonych min, więc łatwo było wywnioskować, że stało się coś złego.
     - O, nie – jęknął Ron.
     Na posadzce leżał Justin Finch-Fletchley w zakrwawionej na brzuchu szacie i z szeroko otwartymi oczami wpatrzonymi w sufit. Był martwy.
     Wokół zawrzało i zapanował chaos. Darius ze wszystkich sił starał się uspokoić aurorów, ale nadaremno. Każdy był przejęty śmiercią kolegi. Wreszcie Harry kazał wszystkim teleportować się z ciałami spetryfikowanych Pożeraczy prosto do AA, czyli Aurorskiego Aresztu. Tam ich odczarować i za przewodnictwem Berrowa zacząć przesłuchiwać. Harry miał się zająć najtrudniejszą sprawą. Poinformowaniem rodziny Justina o jego śmierci. Oczywiście, mógł wysłać kogokolwiek, ale to był jego obowiązek jako szefa. Tym bardziej że znał dawnego Puchona jeszcze za czasów szkolnych i nigdy by sobie nie wybaczył, gdyby postąpił inaczej.
     Ron znał zadanie Harry’ego, więc poklepał go po ramieniu dla otuchy i teleportował się z głośnym trzaskiem.
     Potter wziął kilka głębszych oddechów, by przenieść się tuż przed domem państwa Fletch-Fletcheyów, kiedy pojawił się przed nim Darius.
     - Uff, jeszcze tu jesteś. Miałem nadzieję, że uda mi się cię złapać. Mamy problem. Chociaż to mało powiedziane.
     - Co się stało?
     - Raczej: co się dzieje. Ocuciliśmy jednego z Pożeraczy i kiedy zastanawialiśmy się, czy napoić go Veritaserum, czy na razie się wstrzymać, zabił się.
     - Że co?! Jakim cudem?
     - Przestał oddychać. Zanim się zorientowaliśmy, już leżał martwy na krześle.
     - Użył zaklęcia? Zażył jakiś eliksir? Przecież przed odpetrfikowaniem musieliście go przeszukać.
     - No tak – westchnął Darius – wykonaliśmy wszystkie procedury, ale on po prostu przestał oddychać. Najwidoczniej wolał się zabić niż sprzedać swoją bandę.
     Harry milczał, uświadamiając sobie powagę sprawy.
     - A co z resztą? Ilu w ogóle złapaliśmy?
     - Ogólnie udało nam się zatrzymać jedenastu Pożeraczy. Do tej pory trzech popełniło samobójstwo. Dwójka już wcześniej była martwa. Powiem ci, że nie jest za wesoło. Nie wiem, co robić. Nigdy w życiu nie zdarzyła nam się taka sytuacja. Przenieśliśmy ich nieprzytomnych do aresztu. Po raz pierwszy od jakiegoś czasu mamy naprawdę związane ręce.
     Harry bezmyślnie teleportował się do własnego biura. Lada moment Darius pojawił się obok. Nie zastanawiając się chwili dłużej, ruszyli w kierunku AA. Po drodze wpadł na nich rozemocjonowany Ron.
     - Harry! – wykrzyknął. – Mam dwie wiadomości. Dobrą i złą.
     - No, dawaj.
     - Pierwsza jest taka, że Zabiniemu jakimś cudem udało się przekonać jednego z Pożeraczy, żeby się nie zabijał. Właściwie to groził mu, że jeżeli przestanie oddychać, to osobiście dopilnuje, by bezzwłocznie trafił do Azkabanu i został pocałowany przez Dementora. Wspomniał też coś o torturach, ale nieważne. Ważne, że zadziałało. Chyba możemy wlać w niego Veritaserum. Patrick załatwił nakaz z Wizengamotu. Mamy szczęście, że jego żona tam pracuje…
     - To dobrze – odetchnął z ulgą Potter, po czym popatrzył na Berrowa. – Zajmiesz się tym? Nie jestem pewien, czy Pożeracz powinien dłużej przebywać w towarzystwie Zabiniego i jego gróźb.
     Berrow kiwnął głową i niebawem zniknął mu i Ronowi z oczu.
     - A zła?
     - Uzdrowicielom nie udało się ocucić zakładników i reszty. Cały czas nad tym pracują, ale są coraz gorszej myśli. Na razie przenieśli ich na czwarte piętro.
     Harry w ciszy i pokorze przyjął niezbyt pozytywną wiadomość. Po części był przerażony tymi strasznymi wypadkami, a szczególnie śmiercią Justina. Mimo wszystko cieszył się też, że zdołali schwytać Pożeraczy i skłonić do rozmowy. Może dzięki temu uda się przynajmniej uratować nieprzytomnych, bo dla Justina jest już i tak za późno. Harry odpędził od siebie gorycz.
     Nie mógł dłużej zwlekać. Jak najprędzej musiał powiadomić najbliższych Finch-Fletcheya o jego śmierci. Był mu to winny.

     Deportował się.