Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ogień i lód. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ogień i lód. Pokaż wszystkie posty

3 lutego 2016

Ogień i lód (9)

Rozdział 9: Paniczny spokój

- Mamo, zaczekaj na mnie!
Nawet nie pamiętam, ile razy krzyczałam to zdanie. Starałam się robić to coraz głośniej, ale czułam jedynie bardziej zdzierające się gardło. Wyplątałam się z prześcieradła, prawie się wywracając. Widziałam, jak nią szarpali i ciągnęli za jej mięciutkie, jasne włosy. Przed paroma sekundami stała przed moim łóżeczkiem, opowiadała bajkę i co chwila całowała po policzkach i czole.
Trzymałam misia za łapkę i próbowałam biec. Próbowałam znów przytulić się do mamy, a nade wszystko pragnęłam, żeby zabrała mnie ze sobą. Nie chciałam zostać tu sama. Ta biała sala mnie przerażała, podobnie jak leżący na łóżkach ludzie, którzy czasami wydawali dziwne odgłosy. Jakiś biały pan złapał mnie w pasie, ale ze wszystkich sił starałam się wyrwać. Miał białą maskę na twarzy.
Ostatnią rzeczą, jaką pamiętałam, był lekki uśmiech mamy i jej jasne loczki znikające za drzwiami. Chyba płakała.
Ocknęłam się z ostatniego wspomnienia, w którym byłam ludzkim dzieckiem, ale nie otworzyłam oczu. Nie czułam potrzeby oglądania świata, wolałam nadal zatapiać się w rozmyślaniach. Wspomnienie to nawiedziło mnie po raz trzeci w ciągu tygodnia, podobnie zresztą jak drugie, które dotyczyło bezpośrednio paru minut przed przemianą w wampira. Były to jedyne dwie sytuacje, jakie do tej pory udało mi się zapamiętać i które nie stały się jeszcze niewyraźnym widmem. Zauważyłam, że im dłużej żyłam jako wampir, tym pamięć o moim człowieczym żywocie kurczyła się w zadziwiająco szybkim tempie. Postanowiłam więc nie pozwolić sobie zapomnieć i co jakiś czas wracałam do nich myślami. Chociaż w tym tygodniu robiłam to stanowczo za często.
Odkąd wróciliśmy z Alaski, minęło prawie trzydzieści sześć dni, w ciągu których ani razu nie wyszłam z pokoju. Na nic zdały się prośby i krzyki rodziny, podobnie jak próby wyciągnięcia mnie siłą. Czułam się okropnie, a moje zachowanie idealnie podchodziło pod masochizm, ponieważ nagminnie katowałam się obrazem Marka rozszarpywanego przez Jamesa. Kiedy Emmett wziął mnie na ramiona, byłam niczym szmaciana lalka. Nie ruszałam się, miałam zamknięte oczy, nic nie mówiłam. Na pewno gdyby rzuciłby mną o podłogę, nie wydałabym z siebie żadnego głosu. Sama nie wiedziałam, jak udało mi się przetrwać, ten okres bezwarunkowo przedstawiał się najgorzej. Potem było lepiej. Obraz śmierci Marka został zastąpiony kolejnym – wrzeszczącą Kate, słowami pełnymi nienawiści i Tanyą proszącą, abyśmy dla dobra jej siostry opuścili ich dom. Wtedy po raz pierwszy charknęłam, co było beznadziejną imitacją warknięcia, które niepostrzeżenie uciekło wprost z krtani. Cholernie się zdziwiłam, podobnie jak Esme. Jako jedyna nie wychodziła z domu, chcąc mieć mnie ciągle na oku. Tak jakbym dała radę się gdzieś ruszyć, zironizowałam.
- Och, Bello – niemal westchnęła z ulgi. – Przestań się zamęczać i wróć do nas.
Do tej pory pamiętałam jej cichy głos tuż przy uchu i tę wyraźną prośbę. Nawet chciałam jakoś zareagować, lecz raptownie przypomniałam sobie o Marku, Kate i całej tej popieprzonej sytuacji. Rozpaczałam dalej, w kompletnej ciszy i ciemności. Odłączyłam się od otaczającej rzeczywistości.
Dopiero niecały tydzień temu, gdy obrazy z Alaski przewijały się niczym ciągle powtarzany, bezdźwięczny film, coś mignęło w tle. A raczej ktoś.
Wychudzona blondynka o zapadniętych policzkach, niesamowicie wielkich i jarzących się, brązowych oczach, która trzymała w ręku podartego i brudnego misia. Misia będącego ważnym elementem mojego wspomnienia. Musiała więc być moją biologiczną matką. Nie wiedziałam, skąd się wzięła w mojej głowie, ani tym bardziej, jakim cudem mogłam ją sobie przypomnieć, skoro nawet jak umierałam i przemieniałam się w wampira, wspomnienie jej wyglądu było nieosiągalne. Od Carlisle’a dowiedziałam się, że byłam dzieckiem po wielu przejściach, które wędrowało od jednej rodziny zastępczej do drugiej. Podobno dowiedział się tego, szukając jakichś informacji o mnie, gdy leżałam umierająca w szpitalu. Wielokrotnie próbowałam znaleźć jakiekolwiek punkty zaczepienia i dwa razy natrafiłam na przybranych rodziców, ale nigdy nie poznałam tych prawdziwych. Jedyną rzeczą pozostałą po matce, było właśnie to wspomnienie. Ojca pewnie kompletnie nie znałam, a może nawet i nigdy nie widziałam, nawet za czasów dzieciaka.
W każdym razie zobaczywszy kobietę, mogłam myśleć o czymś innym, nie tylko o Marku. Było to dla mnie niczym koło ratunkowe. Próbowałam detalicznie przeanalizować każdy, choćby najmniejszy, obraz przeszłości pojawiający się w myślach. I kiedy tak zaczęłam coraz bardziej skupiać się na sobie, na swoich rodzinnych rozterkach, usłyszałam Alice. Siedziała przy mnie i opowiadała o absolutnych bzdetach, a moje ciało ogarnęło tak ciepłe uczucie, że po raz pierwszy odkąd tak leżałam i kamieniałam, pragnęłam się wybudzić. Zaczęłam myśleć o moich bliskich, którzy stuprocentowo zamartwiali się na śmierć, nawet pragnienie dało o sobie znać.
Znalazłam powód, by znów nie zapaść w zawieszenie. Za każdym razem gdy przed oczami pojawiał się Marek, jego obraz natychmiast zastępowałam na przykład Carlislem czytającym książkę albo Emmettem drażniącym Rose, albo Jasperem wodzącym za Alice błogim spojrzeniem.
- Bello! Dość tego!
Drzwi otwarły się z hukiem, a do środka wparował Emmett. Nie zareagowałam, choć jego głos, a raczej krzyk, brzmiał dla mnie niczym wybawienie. Następne koło ratunkowe.
- Zaczął się kolejny semestr! Mam dość tych spojrzeń szukających ciebie! Raz nawet ktoś miał czelność do mnie podejść i zapytać, co się z tobą dzieje! Po szkole chodzą plotki, że zginęłaś, uciekłaś, zaszłaś w ciążę i uciekłaś albo że Carlisle cię oddał, bo sprawiałaś kłopoty! Masz się natychmiast ocknąć! Słyszysz?!
- Emmett!
Rose nie weszła, stanęła w progu. Byłam pewna, że zanim cokolwiek powiedziała, zlustrowała mnie wzrokiem, pąsowiejąc. Niemal widziałam smutek pojawiający się w jej oczach.
- Niech ona się obudzi, mam już dość tego użalania nad sobą!
- Ciszej, Bella to słyszy.
- I dobrze! – warknął, po czym znów zwrócił się do mnie: - Jeżeli słyszysz i specjalnie mnie ignorujesz, masz przerąbane, Isabello Cullen.
Chciałam się obudzić i dać im znać, że ze mną już lepiej, że powoli i skutecznie znajdowałam sposoby, by poradzić sobie z niechcianymi myślami. Naprawdę chciałam, ale cholernie się bałam. Nie mogłam powrócić do rzeczywistości, udając, że wszystko było w porządku. Nie poradziłabym sobie, jeszcze nie teraz… Nieśpiesznie zaczęłam się wycofywać, a krzyki Emmetta docierały do mnie jakby przez mgłę. Parę sekund później w ogóle nic nie słyszałam. Znów pozostałam sama sobie, ale tym razem postanowiłam walczyć. Nie mogłam dłużej pozwolić, by James i jego gierki aż tak na mnie wpływały. Musiałam uwolnić się z tego cholernego zawieszenia. Musiałam przestać użalać się nad sobą…
Nawet się nie zorientowałam, gdy niepewnie poruszyłam palcami.
- Mamo, zaczekaj na mnie!
Wspomnienie znów powróciło, a ja starałam się nie tyle co oglądać, ale również w nim uczestniczyć. Wyobraziłam sobie mnie stojącą gdzieś przy drzwiach, tak jakbym była gapiem. Chciałam widzieć całą sytuację oczami dorosłej Belli, a nie małej, zapłakanej dziewczynki.
Musiałam kochać mamę i być do niej niesamowicie przywiązana. Wielokrotnie zastanawiałam się, dokąd i dlaczego ją zabrali. W końcu kto osieraca dziecko? A chore dziecko? Bo z pewnością coś mi dolegało, skoro leżałam w szpitalnym łóżku. Pragnęłam się również dowiedzieć, co później się z nią stało. Przeżyła? Została zabita?
Naprawdę musiałam ją kochać.
Tak jak Kate kochała Marka…
Niemalże od razu otrzeźwiałam. Jak mogłam zapomnieć? Poczułam wielkie wyrzuty do Kate, że nigdy nie przyznała się, jakimi uczuciami darzyła Marka. Gdyby to zrobiła, na pewno nie doszłoby do tej sytuacji, bo Marek na pewno po wielu myślowych potyczkach zdecydowałby się być z Kate. Może nawet by ją pokochał? Albo przynajmniej przerzucił uczucie ze mnie na nią. Nie uciekłby wtedy z domu, nie musiałabym go gonić, a i James by go nie zabił.
Ostatnia myśl dosłownie mnie spoliczkowała. Może śmierć Marka nie była tak do końca moją winą? Może składało się na nią wiele czynników, a ja po prostu byłam jednym z nich? Największą odpowiedzialność ponosił James, nie ja…
Otworzyłam oczy.
Widziałam biały sufit i w ciągu paru sekund nie miałam pojęcia, gdzie się znajdowałam. Ostatnią rzeczą, jaką pamiętałam przed odcięciem się od rzeczywistości, był widok drzwi. Najwyraźniej ktoś przeniósł mnie na kanapę. Dziwne, bo wampir nigdy nie czuł różnicy czy stał, czy leżał. Na ogół robiliśmy tak, żeby przy ludziach nie wyjść na dziwaków.
Wstałam na nogi, czując ogromne otępienie. Zachowywałam się jak najciszej potrafiłam, bo nie chciałam mieć na głowie teraz całej rodzinki. Znając życie, Alice i tak zaraz przewidzi, że się ocknęłam, ale pragnęłam te parę chwil pobyć jeszcze w samotności. Spojrzałam w lustro i raptownie zamarłam, bo patrzyłam prosto w czerwone oczy pewnej szatynki. Wampirzyca miała również wysunięte kły, więc natychmiast je schowałam. Pomrugałam parokrotnie, ale to nic nie dało. Czułam się, jakbym nie była sobą, jakbym stała gdzieś w tyle i spoglądała na siebie oczami obcej osoby.
Na szczęście ślady zwęglonej skóry zniknęły. Znów była niesamowicie jasna, zimna i gładka, bez żadnych niedoskonałości. Włosy również mi odrosły, ale tym razem sięgały mi jedynie do ramion. Najwyraźniej musiałam jeszcze poczekać, nim ponownie stanę się starą Bellą. Chociaż coś w głębi serca podpowiadało mi, że stara Bella nigdy nie powróci.
Otrząsnęłam się z tych ponurych myśli. Starałam się także nie wspominać o Marku, Kate i Alasce, a każdy, choćby najmniejszy, przebłysk niemal natychmiast zastępowałam widokiem moich najbliższych.
Wzięłam głęboki oddech, otworzyłam drzwi i wyszłam na korytarz.

* * *

Siedziałam w kuchni, przyglądając się szyjącej Esme. Alice stała obok i bazgrała coś w zeszycie. Emmett, Jasper i Rose pojechali do szkoły, a Carlisle do szpitala. Odkąd postanowiłam wrócić do rzeczywistości – mimo że nadal nie wychodziłam z domu – zawsze zostawała ze mną choć jedna osoba. Zazwyczaj Esme, ale dzisiaj moja siostra wpadła na niesamowity, według niej, koncept na kreację i postanowiła zacząć tworzyć nową kolekcję.
Aby nie myśleć o głupotach, zatrzymałam się w głowie Alice i niemal  z ulgą wysłuchiwałam jej szalonych, chaotycznych pomysłów. W ten sposób nieznacznie się uspokajałam.
Niestety, nadal nie doszłam do siebie, choć zdecydowanie mi się poprawiało. Wczoraj nawet zdobyłam się na lekki uśmiech, słysząc kłótnie Rose i Emmetta. Jeżeli jednak dostatecznie się nie skupiałam, przed oczami pojawiał się Marek i znów pąsowiałam. Szłam wtedy na górę i zamykałam się w pokoju na resztę dnia.
Współczułam mojej rodzinie, a jednocześnie byłam im niesamowicie wdzięczna. Ciągle wytrzymywali ze mną i moimi grymasami. Słyszałam ich myśli i wiedziałam, że się strasznie o mnie martwią, ale nie potrafiłam wykrzesać z siebie chociażby krztyny udawanej radości.
- Bello – zwróciła się do mnie Esme. – Co myślisz?
- Ładna.
Westchnęłam, wstałam i poszłam na górę.
Nienawidziłam siebie za bezsilność. Użalałam się nad sobą, lecz nie potrafiłam przestać.

* * *

Wrzesień powoli mijał i zaczynał się październik. Dobrze, lubiłam ten miesiąc.

* * *

Nie pamiętam, kiedy ostatnio polowałam. Głód czasami niemal przejmował nade mną kontrolę, a mimo to nie potrafiłam wyjść przed dom, pobiec do lasu i w pełni oddać zmysłom. To Alice, czasami Carlisle przynosili mi krew. Dziękowałam im wtedy, próbując się uśmiechnąć.
Emmett prawie w ogóle się do mnie nie odzywał. Oczywiście, martwił się i tęsknił za mną – słyszałam jego myśli – ale bał się ze mną rozmawiać. Nie wiedział, co powiedzieć, bym znów nie uciekła. Jasper chodził po domu niczym struty, bo moje uczucia mu się udzielały. Czasami próbował ingerować i zmienić je, lecz wtedy wystarczyło, że na niego spojrzałam. Natychmiast przestawał, wysyłając mi przepraszające spojrzenie i obiecywał, że już więcej nie spróbuje. Wiedziałam, że kłamał.
Rose większość czasu siedziała w garażu przy samochodach. Czasami jednak kiedy wpadłyśmy na siebie, uśmiechała się delikatnie, kręciła głową i odchodziła.
Nie mogłam patrzeć w lustro. Włosy już dawno całkiem mi odrosły, ale kolor oczu nadal się nie zmienił. Wciąż świeciły czerwienią, a ja nie wiedziałam, jak to zmienić.
Dzisiaj przykryłam fortepian białą narzutą, żeby się nie zakurzył, przez co Esme prawie się popłakała.

* * *

Listopad był lepszy. Po raz pierwszy wyszłam na zewnątrz i szczerze się uśmiechnęłam. Nie odważyłam się jednak ruszyć na polowanie. Wtedy też po raz pierwszy od dawien dawna przytuliłam się do kogokolwiek. Padło na Alice. I w sumie nie pamiętałam, jak to wyszło.
Skakała po salonie, coś przewróciła, Esme ją skarciła. Potem zaczęła wyczyniać coś z kwiatami, rzuciła we mnie poduszką, oddałam jej. W końcu wstałam z kanapy, podeszłam do niej i najzwyczajniej w świecie ją przytuliłam.
Zaskoczyłam tym nie tylko siebie.

* * *

Wraz z nadejściem świąt Bożego Narodzenia, sama odżyłam. Zaczęłam normalnie rozmawiać, funkcjonować i przede wszystkim pomagałam w świątecznych przygotowaniach. Śmiałam się, naprawdę się śmiałam. Czysto i szczerze. Ozdabialiśmy wtedy z Emmettem i Jasperem dom, będąc na dachu. Jasper co chwila machał Emmettowi przed twarzą łańcuchem, przez co ten się denerwował. Spadł z dachu prosto w zaspę śniegu.
Na polowania nadal nie chodziłam. Nie potrafiłam się przemóc, by pozbawić niewinną ofiarę życia, jak James zrobił to z Markiem, ale znów zaczęłam brzdąkać na fortepianie.

* * *

W liceum w Forks rozpoczął się nowy semestr i podobno pojawił się nowy uczeń. Edward Swan, syn szeryfa. W mieście plotkowano wyłącznie o nim, czego serdecznie współczułam temu chłopakowi. Chyba że w zachowaniu podobny był do Mike’a Newtona żyjącego jedynie plotkami.
- Bello! – zawołała mnie Esme. – Organizuję przyjęcie dla młodego małżeństwa i potrzebuje twojej pomocy w przygotowaniu dekoracji.
- Nie ma sprawy – uśmiechnęłam się lekko.
Zadziwiałam samą siebie, bo naprawdę lepiej się czułam. Miałam wrażenie, że znów mogłam żartować, choć jeszcze żaden kawał nie przeszedł mi przez krtań. Coraz częściej wychodziłam z domu. Raz nawet odwiedziłam Carlisle’a w szpitalu, chociaż musiałam niesamowicie się pilnować, bo pragnienie niemal mnie zabiło. Miałam również soczewki, aby przysłonić ciągle czerwone oczy. Trochę się martwiłam, że nie chciały znów stać się złote. Może potrzebowałam jeszcze czasu?

* * *

Cztery dni później stało się coś, co kompletnie mnie ożywiło, a wspomnienia o śmierci Marka wreszcie zeszły na drugi plan. Po raz pierwszy od dawna poczułam niesamowitą ciekawość i chęć, by wyjść do ludzi, by iść do szkoły.
Jasper i Alice wrócili do domu jako ostatni i Jasper ni stąd ni zowąd oznajmił, że ma nowego kumpla.
Człowieka.

25 listopada 2015

Ogień i lód (8)

Rozdział 8: Śmierć wieczności

Śmierć to doprawdy intrygujące zjawisko. Jako wampir wielokrotnie zastanawiałam się nad jej istotą, ale jakoś nigdy nie brałam pod uwagę, że mogłaby przytrafić się akurat mi. Oczywiście, mogłam zostać zabita przez innego wampira, Volturi, nawet człowieka, jakby się postarał i mnie zaskoczył – choć było to raczej niemożliwe. Nigdy jednak nie przypuszczałam, że sama targnę się na własne życie.
Straciłam kompletnie poczucie rzeczywistości. Czułam się, jakbym dryfowała, co rusz mając pod sobą falę, ponieważ co chwilę delikatnie podskakiwałam. Niesamowicie swędziało mnie całe ciało, chociaż głównie nogi i brzuch, ale wolałam nadal leżeć niż się podrapać. W uszach bębniła cisza, a twarz miałam jakby zmrożoną. Przez parę minut starałam się wydobyć z siebie głos, ale nie mogłam nawet otworzyć ust. Zaniechałam więc, w skupieniu czekając na nadejście błogiej nieświadomości.
Nic takiego jednak nie nadchodziło.
Czyżbym już nie żyła? Tak miał się czuć martwy wampir? Jeżeli tak, to śmierć zdecydowanie była zbyt przereklamowana. Myślałam, że pójdę do nieba, do piekła czy będę sobie latać pomiędzy ludźmi, strasząc ich. Mogłam też po prostu cierpieć przez wieczność przez wzgląd na potępienie duszy, ale czuć wszystko i jednocześnie nie czuć nic? I to okropne swędzenie? Jeżeli naprawdę umarłam i tak miało być przez resztę… no cóż, nie-życia, popełniłam błąd, wskakując w te cholerne płomienie.
Zaraz… Pamiętałam sam skok, ale faktu czemu to zrobiłam, już nie. Coś w tyle mojej głowy starało się dojść do głosu, rzucić jakiś obraz na tę chorą sytuację. Postanowiłam potrwać w tej – poniekąd – błogości i nicości tak długo, ile jeszcze będzie mi dane. Nic na siłę, pomyślałam.
- Widziałaś coś, Alice?
Melodyjny głos przedarł się przez zaporę nieświadomości. Miałam wrażenie, że skądś go znałam.
- Nic a nic – ktoś westchnął. – Odkąd Bella wskoczyła w ogień, nie widzę nic, co miałoby jakikolwiek związek z nią.
- Ale nic jej nie będzie? Bella nie umarła, prawda? Carlisle?
- Nie wiem, Esme. Nigdy się z czymś takim nie spotkałem. Nigdy nie spotkałem się z wampirem próbującym popełnić samobójstwo. – W głosie tego mężczyzny słyszałam niedowierzanie, przeogromny żal i chyba smutek. – Spalenizna już prawie zniknęła, więc może jest nadzieja?
Miałam wrażenie, że ostatnie zdanie powiedział raczej do siebie.
Kim były te osoby? Powinnam je znać? O kim mówili?
Momentalnie otworzyłam oczy.
- Carlisle! Zatrzymaj auto! Bella się obudziła!
Najpierw poczułam ucisk ręki, którą Alice bezwiednie i zbyt mocno ścisnęła, a potem prawie przeleciałam do przodu przez siedzenia, Carlisle tak raptownie zahamował, zjeżdżając na pobocze.
- A przynajmniej otworzyła oczy – dodała, przyglądając mi się w niezwykłym jak dla niej skupieniu.
Syknęłam z bólu i kiedy już się ruszyłam, zaczęłam drapać się po brzuchu. Swędziało jak cholera.
- Zostaw!
- A co ja jestem? Pies? Może jeszcze podam ci łapę, Alice, co?
Tylne drzwi samochodu otworzyły się i pierwsza dopadła mnie Esme. Przytuliła mnie, a ja zasyczałam.
- Trochę lżej – wysapałam ledwo słyszalnie, a Esme niemal od razu mnie puściła. Popatrzyła na mnie tym swoim ciepłym, matczynym spojrzeniem, aż prawie ugięły się pode mną kolana. Dobrze, że leżałam. Było mi wstyd, ale nie wiedziałam dlaczego. Czemu właściwie próbowałam się zabić? To do mnie niepodobne.
- Jak się czujesz, Bello? – zapytał Carlisle.
- Dobrze – odparłam po chwili, siadając. – Przepraszam, to był głupi pomysł.
- Coś cię boli?
- Czuję się trochę zmęczona – powoli zaczęłam oceniać stan swojego ciała – swędzą mnie nogi i brzuch. Ręce mniej, do zniesienia. A tak to chyba w porządku.
- Jak mogłaś nam to zrobić?! – krzyknęła Alice i siłą powtrzymała się przed uderzeniem mnie. Jesteś głupia, głupia, głupia!
Westchnęłam, słysząc jej myśli.
- Tak, wiem, wiem. Zachowałam się jak dziecko.
- Dziecko nie próbowałoby się zabić – warknęła.
- Alice!
- Daj spokój, Esme. Alice ma rację. Zachowałam się gorzej niż dziecko. Przepraszam…
Podrapałam się po głowie i raptownie znieruchomiałam. Otworzyłam szeroko oczy, patrząc z przerażeniem najpierw na Carlisle’a, potem na Esme i w końcu Alice.
- Gdzie… gdzie mam włosy?!
Raptownie dopadłam do lusterka i niemal się zadławiłam. Byłam totalnie łysa. Znaczy, gdzieniegdzie pozostały malutkie, ledwo dostrzegalne, króciutkie kępki, a poza tym nic. Schowałam twarz w rękach. Gdzie moje wspaniałe, brązowe włosy?! Teraz naprawdę wyglądałam jak potwór.
No, dobrze, należało mi się. Przez to co zrobiłam rodzicom i rodzeństwu, kara pozostania łysą przez parę dni była naprawdę łagodna.
- Co się stało? Czemu w ogóle wskoczyłam w te cholerne płomienie?
- Język – upomniała mnie Esme. – Co jest ostatnią rzeczą, którą pamiętasz?
Próbowałam wysilić szare komórki.
- Chyba jak rozmawialiśmy w salonie i Kate opowiadała o tym, jak pomylono ją z manekinem. Chociaż – zamyśliłam się – chyba akurat to opowiadał Marek… Chwilę? Czemu jesteśmy w samochodzie, a nie dalej na Alasce?
Carlisle westchnął i ponownie zasiadł za kierownicą. Esme również usiadła, ale tym razem nie z przodu, lecz po mojej drugiej stronie, a po chwili znów ruszyliśmy. Czyżbym nie pamiętała o czymś ważnym? Próbowałam dowiedzieć się z ich myśli, ale Carlisle myślał o skutkach mojego postępku, Esme czuła smutek, ale i radość, że się wybudziłam. Alice za to…
- Serio? Przez resztę drogi wolisz śpiewać jakieś durne piosenki, niż powiedzieć mi, co jest grane?
Wzruszyła ramionami, nawet na mnie nie patrząc.
- Przecież przeprosiłam! Alice, nie bądź taka. Przez następny tydzień będę ubierać to, co mi wybierzesz. Obiecuję.
Zauważyłam, że jej oczy się zaświeciły, ale nadal milczała niczym zaklęta.
Przez kolejne dziesięć minut w samochodzie panowała kompletna cisza. Jakoś nikt nie rwał się do wytłumaczenia mi czegokolwiek. Byli aż tak na mnie źli, czy raczej chodziło o coś innego? Przymknęłam oczy, starając sobie przypomnieć ostatnie wydarzenia: byliśmy na Alasce, świetnie spędzaliśmy czas, polowałyśmy z Kate, siedzieliśmy przy kominku, Jasper coś powiedział, a Marek wybiegł z domu. Miałam wrażenie, że wystarczyło tylko jedno, malutkie wspomnienie, a cała układanka nagle sama się ułoży. Jeszcze bardziej się wysiliłam, nawet bezwiednie zacisnęłam pięści.
O. Mój. Boże!
- Marek! – krzyknęłam nagle, szeroko otwierając oczy. Zaczęłam chaotycznie rozglądać się wokół, a swoim zachowaniem idealnie przypominałam człowieka. Carlisle musiał być ze mnie dumny. Prawie zaśmiałam się z ironii ostatniego zdania.
Auto przyspieszyło, powoli dojeżdżaliśmy do Forks.
- Co ja narobiłam?! James, on tam był! – spojrzałam raptownie na Alice. – Miałaś wizję, prawda? Widziałaś go? Dlatego tak szybko przybiegliście? Mój Boże, Kate musi mnie nienawidzić. Wyrzuciły nas z domu! Przez mnie! Przepraszam! Dlaczego nie umarłam?!
- Bello, przestań natychmiast!
Zamilkłam.
- To nie twoja wina, Bello – powiedziała powoli Esme. Mimo że się starała, jej słowa nie były zbyt pocieszające.
- Jeżeli się zamkniesz, wysłuchasz, co mam do powiedzenia i, co najważniejsze, zrozumiesz to, pokażę ci wszystko, co działo się od momentu twojego głupiego i na szczęście nieudanego samobójstwa.
Kiwnęłam głową niby spokojnie, choć w głębi czułam jedynie rozrywający ból.
- Śmierć Marka naprawdę nie była twoją winą. Szczerze mówiąc, to nasza wina, bo gdybyśmy cię posłuchali, że James to prawdziwy świr, zabilibyśmy go, nim zdążyłby zauważyć. Jazz, Emmett i Rose są już od paru godzin w domu i próbują znaleźć jakiś ślad tego popaprańca. Namierzyć go i z nim skończyć.
Gdybym nie była tak spięta i gdybym musiała oddychać, na pewno odetchnęłabym z ulgą.
- Rozumiesz? Śmierć Marka nie jest twoją winą. James go zabił, a ty nie miałaś z tym nic wspólnego.
Nie odpowiedziałam, mając nadzieję, że Alice da sobie już spokój z tą durną przemową i wreszcie dowiem się, co się stało.
Wreszcie spojrzała na mnie ze smutkiem.
- Widziałam twoją śmierć dwa razy. Pierwszy był wizją, drugi okazał się rzeczywistością. To były najgorsze minuty mojego życia i choćbym chciała, nie potrafię ich sobie wymazać z pamięci. Nie wierzę, że naprawdę to zrobiłaś. Że naprawdę postanowiłaś się za…  – zająknęła się – zabić. Obiecaj, że już nigdy więcej nie spróbujesz.
Milczałam.
- Bello! Natychmiast mi to przyrzeknij, inaczej niczego się nie dowiesz. Już ja o to zadbam.
- Kiedyś na pewno się ktoś zdradzi – wyszeptałam, a Carlisle odwrócił się w moją stronę.
- Mam przez to rozumieć, że…
- No, dobrze już! Obiecuję już nigdy nie popełnić samobójstwa! Ani nawet nie próbować! Wystarczy?
Carlisle wjechał na ścieżkę i chwilę później byliśmy już w domu. Zaczęli wysiadać z samochodu, ale złapałam Alice za rękę.
- Zaczekaj! Pokaż mi wszystko. Nie zatajaj niczego. Proszę.
Zrobiła to, a ja w każdej sekundzie czułam, że znów umieram. Tym razem jednak nie było to przyjemne i niosące ulgę jak skok w ogień. Miałam wrażenie, jakbym rozpadała się od środka. Wspomnienie, które trwało góra dwie minuty, zabiło mnie co najmniej tysiąc razy. Kiedy się skończyło, byłam jedynie wrakiem… wampira. Nie dziwiłam się, że chciałam ze sobą skończyć. Alice doskonale przewidziała moje zachowanie. Wiedziała, że znów spróbuję, kiedy poznam prawdę, dlatego wymusiła na mnie tę beznadziejną obietnicę. Jedyną rzeczą, którą w tej chwili miałam – nie miałam nawet włosów! – był honor. Za nic na świecie nie złamałabym przyrzeczenia danego nie tylko Alice, ale również Carlisle’owi.
Wyskoczyłam z auta. Za sobą słyszałam nawoływanie siostry. Nie zareagowałam. Podobnie nie zwróciłam uwagi na Emmetta i Jaspera stojących przy stole nad mapą, ani na Rose, która już zmierzała w moim kierunku. Wyminęłam wszystkich i pobiegłam prosto na górę. Zamknęłam się w pokoju i zamierzałam tam przeżyć resztę wieczności, na którą zostałam skazana.
Los wybrał dla mnie idealną karę. Śmierć byłaby dla mnie zbyt dobrym rozwiązaniem, a tak miałam cierpieć przez resztę życia z wiedzą, że przyczyniłam się do śmierci jednego przyjaciela, a drugi przyjaciel mnie nienawidził.

Zastygłam i miałam już tak pozostać na zawsze.

26 października 2015

Ogień i lód (7)

Rozdział 7: Początki końca

Pierwsze, co wraz z Kate zrobiłyśmy zaraz po naszym przyjeździe, to poszłyśmy na polowanie. Obie nie jadłyśmy, odkąd dowiedziałyśmy się o planach Carlisle’a, więc byłyśmy naprawdę głodne. Całe południe, jak i prawie półtora miesiąca minęło mi niesamowicie prędko. Nim się spostrzegłam, a za parę dni musieliśmy wracać do Forks. Oczywiście, mogliśmy jeszcze zostać, ani Tanya, ani Marek, ani tym bardziej Kate nas nie wyganiali. Chodziło po prostu o pracę Carlisle’a. Nie mógł wziąć dłuższego urlopu, a wracanie do domu bez dzieci mogłoby wydawać się dziwne. Obiecałam jednak, że za jakiś czas na pewno pojawię się tutaj znowu. Może nawet zrobię to bez uprzedzenia.
Od razu w głowie zaczął układać mi się dość szatański pomysł, ale jego realizacja musiała poczekać przynajmniej pół roku. Skąd mogłam wiedzieć, że los szykował dla mnie coś zupełnie odmiennego? Nie byłam Alice, nie potrafiłam przewidzieć przyszłości. Może gdybym jednak posiadała taką moc, późniejsze wydarzenia nigdy by się tak nie potoczyły?
Dzisiejszego wieczoru za oknem panowała istna śnieżyca, więc jak na normalne wampiry przystało, siedzieliśmy w salonie przy kominku, rozmawiając w najlepsze. Naturalnie, ogień palił się jedynie dla niepoznaki. Chociaż nie spodziewaliśmy się spotkać na takim odludziu żywej duszy… Niemniej, płomienie jakoś koiły nerwy i byłam w stanie powiedzieć, że nie tylko ja się tak czułam.
- Ostatnio zrobiło się tutaj niesamowicie nudno - westchnęła Tanya. – Kiedyś jeszcze chodziliśmy do miasteczka, ale po przygodzie Kate robimy to zdecydowanie rzadziej. Już prawie w ogóle nie wychodzimy z tych czterech ścian.
- Czemu? Co się stało? – zapytała Esme, a Marek raptownie się roześmiał.
- No, Kate, pochwal się.
Wampirzyca prychnęła głośno, ale uśmiechnęła się.
- Poszłam raz do sklepu i tak sobie stałam, i podziwiałam towar.
- Musiałaś stać doprawdy nieruchomo – wtrącił się Marek. - Jakaś kobieta do niej podeszła i zaczęła oglądać jej bluzkę. Nawet próbowała ją ściągnąć.
- Co? – roześmiałam się, a reszta Cullenów mi wtórowała. – Jak to?
- Pomyliła mnie z manekinem.
- Dobrze, że nie ściągnęła ci spódnicy – zachichotała Alice. – Chciałabym zobaczyć minę tej kobiety, kiedy na nią spojrzałaś. Co powiedziała, jak już się ruszyłaś?
- Nic konkretnego. Zarumieniła się, wybąkała jakieś przeprosiny i wręcz uciekła ze sklepu.
Przez chwilę w salonie panowała cisza, a każdy wpatrzony był albo w płomienie buchające z kominka, albo w padający za oknem śnieg. Dochodziła druga nad ranem, więc na zewnątrz było już kompletnie ciemno. Gdyby nie mój wampirzy wzrok, na pewno niczego bym nie dostrzegła w czeluściach nocy. A tak widziałam nawet wskakującego do nory bielaka.
- U was na pewno jest ciekawiej. Odkąd pamiętam, zawsze mieliście coś nader interesującego do opowiedzenia - zagaiła rozmowę Tanya.
Rose wzruszyła ramionami, ale to Emmett z szerokim uśmiechem rzucił:
- W sumie nic się nie działo. Może poza tym, że Bella wreszcie znalazła adoratora.
Jak na zawołanie spojrzenia trójki wampirów z Alaski powędrowały w moją stronę. Tanya uśmiechnęła się delikatnie, Kate wręcz wyszczerzyła, za to Marek tylko wpatrywał się z nieodgadnioną miną.
- Czemu nic nie mówisz i się nie chwalisz? Kto to? Przystojny? Jak się nazywa?
Nim odpowiedziałam, rzuciłam mrożące krew w żyłach spojrzenie Emmettowi.
- Daj spokój, Kate, nie ma co opowiadać. To świrus.
- Dlaczego od razu świrus? Zadurzył się w tobie na śmierć – zachichotała Alice.
- Tak – przytaknął Jasper – żałujcie, że nie widzieliście. Normalnie gruchali jak dwa gołąbki. Już od dawna nie widziałem Belli takiej szczęśliwej.
Jęknęłam zdruzgotana. Uwielbiałam moją rodzinę, ale w tym momencie pragnęłam skopać im tyłki. Wielokrotnie.
Już otwierałam buzię, by zaprzeczyć tym wierutnym kłamstwom, kiedy Marek zerwał się z kanapy i rzucając krótkim: „przepraszam na chwilę”, wybiegł z domu.
- No, pięknie. Gratulacje – warknęłam i poszłam w jego ślady.
Nareszcie sobie pogadają, doleciały mnie myśli Alice, ale byłam już za daleko, by zawrócić. Poza tym jakby to wyglądało? Tchórzliwa Bella wraca z podkulonym ogonem i chowa głowę w piasek? Nigdy! Koniecznie musiałam z nim pogadać i wreszcie naprostować tę chorą sytuację. Nie będziemy razem, traktuję cię jak przyjaciela – słowa te powinny najzupełniej wystarczyć, ale czy nie będą zbyt oschłe? Jak miałam z nim porozmawiać, nie raniąc go? Czy Marek naprawdę był we mnie aż tak bardzo zadurzony? Może udałoby mi się znaleźć dla niego inny obiekt westchnień?
Śnieg padał, niemal od razu zasypując moje ślady. Musiałam więc znaleźć Marka po zapachu. Na szczęście powietrze było rześkie, toteż nie miałam z tym większych problemów. Niecałą minutę później znalazłam go stojącego nad urwiskiem. Wpatrywał się w dół i wyglądał, jakby chciał skoczyć.
Stałam za drzewami, obserwując go. Bałam się, naprawdę! Nie miałam pojęcia, jak zagaić rozmowę. Miałam od razu przejść do sedna czy najpierw powinnam, na przykład, rzucić żartem? Przez głowę przebiegały mi tysiące kawałów, ale żaden nie wydawał się odpowiedni do sytuacji.
- Bello, wiem, że tu jesteś. Czuję cię – westchnął wreszcie Marek, odwracając się i patrząc idealnie w moim kierunku.
Chrząknęłam, otrzepałam się ze śniegu i podeszłam do niego. Już dawno nie czułam się równie niezręcznie! Nie wiedziałam, co powiedzieć. Po prostu stałam jak słup soli, wpatrując się w swoje buty i czekałam na cud.
- Po co tu przyszłaś? Jeżeli chcesz mnie pocieszać i mówić, że jesteśmy przyjaciółmi, to błagam, daruj sobie. Nie mam nastroju.
Tymi paroma słowami kompletnie zbił mnie z pantałyku. Idealnie przewidział mój plan rozmowy i w zasadzie mogłam się odwrócić i odejść. Dlaczego więc tego, do cholery, nie zrobiłam?
- Oni żartowali, Marku – zaczęłam cicho. – Owszem, odwiedził nas taki palant, James, ale kazałam mu pocałować się w dupę. To był kompletny świrus, tak jak mówiłam. Niby się we mnie wielce zakochał, ale wydaje mi się, że były to raczej słowa szaleńca niż szczera prawda.
- Czemu mi to mówisz?
Miałam tylko takie wrażenie, czy Marek naprawdę podszedł nieco bliżej?
Wzruszyłam ramionami. Nie wiedziałam. Chciałam być z nim po prostu szczera. Czy nie tak powinni robić przyjaciele?
- Mam wrażenie, że ty też do mnie coś czujesz, ale boisz się do tego przyznać.
- Słucham?
Kolejny wariat, który znał lepiej moje własne uczucia niż ja sama. Przez chwilę myślałam, że się przesłyszałam. Nie o taki obrót sprawy mi chodziło. Nawet próbowałam wyczytać coś z jego myśli, ale skutecznie mi to udaremniał.
- Dobrze słyszałaś, Bello. Kiedy sobie to wreszcie uświadomisz? Jestem wampirem, żyję długo, ale nie każ mi czekać wieczności.
Cofnęłam się krok.
- Widzisz? Uciekasz. Boisz się.
Marek powiedział to tak naturalnie, jakoby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie. Podszedł jeszcze bliżej i delikatnie zdjął mi z policzka płatki śniegu. Otworzyłam szerzej oczy. Marek nie miał racji, nie bałam się. W tej chwili byłam totalnie przerażona.
Nagle za drzewami zauważyłam nikły płomień. Momentalnie się odwróciłam i aż zaniemówiłam. Przed nami stał James z pochodnią. Nim zdążyłam zareagować, najzupełniej w świecie podbiegł do Marka, urwał mu rękę, a potem głowę. Zrobił to niesamowicie wprawnie i z lekkością, jakby połamanie wampira równało się połamaniu gałązki. Przytknął pochodnie do ciała Marka, sprawiając, że stanęło w płomieniach, po czym uśmiechnął się do mnie.
Uśmiechnął się? Czy to mi się przywidziało?
Byłam w szoku. Nie potrafiłam się ruszyć nawet wtedy, kiedy podszedł do mnie i pocałował mnie w rękę.
- Obiecałem ci coś, Bello. Do zobaczenia wkrótce.
Przed oczami widziałam jedynie uśmiechniętego Jamesa.
Opadłam na kolana. Naprawdę bardzo chciałam zgasić te płomienie, przysypać je śniegiem, ale nie mogłam się ruszyć. Byłam cała skamieniała. Przez moją głowę przelatywały tysiące myśli, a ja widziałam jedynie palącą się resztkę Marka, mojego przyjaciela.
- Bello!
Słyszałam nawołujące mnie głosy.
- Bello! Marku! Gdzie jesteście? Wszystko w porządku? – pytała Alice, najprawdopodobniej mając wcześniej wizję. Z pewnością widziała, jak James spalił Marka, a ja nic nie zrobiłam. Dlaczego, do jasnej cholery, nic nie zrobiłam?!
Czułam się jak ścierwo.
Nawet kiedy Alice, Emmett, Kate, Jasper, Tanyia, Esme, Rose i Carlisle wparowali na środek całej sceny, a Kate zaczęła wrzeszczeć niczym opętana, ja tylko klęczałam. Ktoś położył mi dłonie na ramionach, ale z tego też nic sobie nie zrobiłam. Jak w zwolnionym tempie widziałam, jak Emmett i Jasper starali się przygasić ogień. Bezskutecznie.
Gdzieś w tle słyszałam głośny płacz Kate i cichutki Tanyi. Obie musiały mnie w tej chwili co najmniej nienawidzić. Zresztą, nie dziwiłam się.
Marek. Nie. Żyje.
Informacja ta strzeliła we mnie raptownie niczym grom z jasnego nieba. Już nigdy go nie zobaczę, nie usłyszę jego śmiechu i dowcipów. Już nigdy nie będzie mi dane porozmawiać z moim przyjacielem.
Ktoś wziął mnie na ręce. Po zapachu poznałam, że to Carlisle.
- Bello, wszystko w porządku, jesteś już bezpieczna.
Ja? Bezpieczna? W tej całej sytuacji w ogóle nie chodziło o mnie tylko o Marka. James go zabił, ponieważ mu odmówiłam! Wszystko, cała ta poraniona sytuacja, była moją winą! Jak miałam żyć ze świadomością, że przeze mnie zginął przyjaciel? Że poniekąd go zabiłam?
- Jasper, pomóż jej.
Usłyszałam i niemal od razu poczułam błogi spokój. Ciało się rozluźniło, a umysł kompletnie otrzeźwiał. Czułam się jak nowonarodzona, chociaż mój przyjaciel przed sekundą zginął. Nie słyszałam już nawet płaczu Kate.
Byłam totalnie wyzwolona.
Dopóki Alice nie przypomniała sobie wizji, w której James zabija Marka. Zamknęłam oczy i niemal od razu wyrwałam się z objęć Carlisle’a. Upadłam na śnieg, zaczęłam się cofać. Jasper i Carlisle chcieli mnie złapać, ale się nie dałam.
Spojrzałam na gasnący już, niebieski ogień. Na szczątki Marka, któremu nie będzie dane dłużej pożyć. Przeze mnie. Marek nie znajdzie już swojej wiecznej miłości, o której marzył chyba od początku istnienia.
Musiałam odpokutować za swoje grzechy. Jedynym sposobem…
Nagle moją głowę zalała wizja Alice, w której byłam ja skacząca do płomieni. Widziałam siebie, palącą się, umierającą, ale w oczach miałam jedynie spokój.
Postanowiłam niemal od razu, nim Alice zdążyła się wybudzić.
Wstałam i raptownie wskoczyłam w ogień. Nie minęła nawet sekunda, a już czułam jak szybko zajmował moje ciało. Zaczęło się od nóg, potem plecy i brzuch, ręce. Nim doszło do głowy, straciłam świadomość. Ostatnią rzeczą, jaką słyszałam, był krzyk Alice:
- Bella! Jasper, pomocy!!!

8 października 2015

Ogień i lód (6)

Rozdział 6: Bezpieczna wojna

Wielokrotnie zastanawiałam się, że dar Alice był zdecydowanie lepszy i o wiele ciekawszy niż mój. Gdyby można, zamieniłabym się. Nawet bym dopłaciła, żeby tylko pozbyć się niepotrzebnych myśli innych z dala od mojej głowy. Wystarczająco męczyłam się z własnymi fanaberiami, a ironia losu obdarzyła mnie jeszcze i tym…
Czytając w myślach, nie potrafiłam na przykład przewidzieć burzy, a ta umiejętność zdecydowanie byłaby mi na rękę. Uwielbiałam baseball i gdybym tylko mogła, grałabym codziennie. Oczywiście, gdyby codziennie grzmiało, inaczej ludzie zaczęliby się zastanawiać nad okropnymi, głośnymi i nagłymi dźwiękami uderzeń. Mogłam myśleć, co chciałam, ale gatunek ludzki to nie idioci. W każdym razie nie wszyscy.
- No, chodźcie! Zaraz się tu zestarzeję!
Wywróciłam oczami na słowa Emmetta i odwzajemniłam jego szeroki uśmiech. Wraz z nim i Alice czekaliśmy na resztę domowników. Chcieliśmy jak najszybciej znaleźć się na polance i poczuć nieco adrenaliny w naszych starczych ciałach, parafrazując Emmetta.
Zaczęło kropić.
- Mamy dwie minuty, nim zacznie się burza. Według mnie – ciągnęła Alice – będzie trwała tylko dziesięć minut, więc będziemy musieli się sprężyć.
- Carlisle! Zaraz się tu zestarzejemy! – powtórzyłam po Emmetcie, wywołując tym samym przytłumiony chichot ze strony Alice. Em przybił mi piątkę, puszczając oczko. – My już idziemy!
Po minucie krzyków i gróźb w drzwiach wreszcie pojawiła się Esme z Rosalie, za którymi szli Carlisle i Jasper. Obaj mówili coś do siebie pod nosem, ale robili to tak cicho i szybko, że żaden z moich wampirzych zmysłów niczego nie wyłapał. Postanowiłam jeszcze dzisiaj poćwiczyć swoje zdolności słuchu i szybkości, bo ostatnio strasznie się zaniedbałam. Naturalnie mogłabym zajrzeć im do głów, ale ta opcja była zbyt trywialna.
Na polanie byliśmy w przeciągu trzydziestu sekund. W każdym razie ja, ponieważ udało mi się wyprzedzić resztę mojej leniwej i nieśpieszącej się rodziny. Poza Emmettem nie miałam w nich żadnego oparcia! Doskonale zdawali sobie sprawę, jak ważne były dla nas mecze baseballowe i powinni z równą mocą cieszyć się na samą wieść. Oczywiście, trochę przesadzałam, ale jestem kobietą, więc mam prawo.
- Sorry, Bello, ale w drużynie będę z Jasperem i Rose.
- Wiem, wiem, ostatnio nie mówisz o niczym innym. I tak was rozgromimy – wyszczerzyłam zęby.
- Daj spokój. Alice doskonale przewidziała, kto wygra. Nie macie z nami żadnych szans.
- Skoro wiesz, to po co gramy? – wtrąciła się Rosalie, wiążąc włosy w kucyk. – Mogę już wrócić do domu? Alice obiecała, że zrobi mi dopiero co wymyślony makijaż.
- Rose! – wykrzyknęliśmy równocześnie z Emmettem.
- No co? – naburmuszyła się, powoli psując mi nastrój. A przed chwilą było tak pięknie!
- Dzieci, przestańcie – westchnęła Esme, idąc w stronę ławki na drugim krańcu polany. – Jak już skończycie, może zaczniemy? Będę sędzią.
- Dobra, bierzmy kije i do roboty. Nasza drużyna wybija – zarządził Jasper. – Wszyscy na miejsca!
Niebo przeszyła wyjątkowo jasna błyskawica, po której po paru sekundach nastąpił przeraźliwie głośny grzmot. Takie cuda to ja lubiłam. Nawet bardzo.
Na pierwszy ogień poszła Rosalie. Alice łapała, a Carlisle rzucał, a ja z racji tego, że byłam najszybsza, stałam na bazach. Zauważyłam znak i musiałam przyznać, że Alice dobrze kombinowała. Według jej zaleceń, Carlisle miał rzucić dość wolno bez żadnych podkręceń. Byłam pewna, że taką taktykę obejmiemy przez ponad połowę meczu, chcąc zmylić przeciwną grupę, a kiedy nie będą się spodziewać  - uderzymy z całą mocą, wręcz wgniatając ich w ziemię. Przyznam, że mój plan mógł wydawać się nieco brutalny, ale bardzo mi się spodobał. Postanowiłam za wszelką cenę spuścić łomot chłopakom.
Jak się spodziewaliśmy, Rosalie z łatwością i mocą daleko wybiła piłkę. Złapałam ją w chwili, gdy Rose pędziła do drugiej bazy. Jak najszybciej więc odrzuciłam ją do Alice.
I tak graliśmy przez pięć minut, zdobywając albo tracąc punkty. Cały czas jednak nie byliśmy na prowadzeniu, wodząc za nosy coraz bardziej spokojnych chłopaków. Emmett już prawie w połowie był kompletnie rozproszony, wierząc, że wygraną ma w garści. Raz nawet weszłam do jego głowy, słysząc, jak bardzo się opuściłam w grze, że kiedyś byłam lepsza i teraz nie ma już żadnego godnego przeciwnika.
Kiedy gra dobiegała końca, a według obliczeń Esme nasza drużyna przegrywała dwadzieścia osiem do trzydziestu, Jasper postanowił wybijać bez patrzenia. Dwa razy spudłował, ale za trzecim razem odbił nie dość, że niezwykle mocno, to jeszcze prosto we mnie. Dostałam w brzuch i przez chwilę myślałam, że posikam się z bólu. Naturalnie, nie potrafiłabym się posikać, bo mój organizm nie był zdolny do metabolizmu, ale naprawdę mnie bolało. Esme przerwała więc niemal natychmiast grę i kazała Jasperowi zejść z boiska za jego głupie i niebezpieczne pomysły. Carlisle podbiegł do mnie, chcąc pomóc mi wstać. Poradziłabym sobie i bez jego wyciągniętej ręki, ale cóż… Takie zachowanie byłoby niezwykle ludzkie, a musiałam tresować się na człowieka.
- Dobrze się czujesz?
- Daj spokój, Carlisle, nie umrę od tego – zaśmiałam się, wstając i otrzepując spodnie.
- Wszystko dobrze, Bello? – Usłyszałam pytanie Esme, więc wyciągnęłam wysoko kciuk do góry. – Teraz wy wybijacie.
- Co? Czemu? – obruszył się Emmett i założył ręce na ramiona.
- Bo tak powiedziałam.
Emmett zaczął gadać coś pod nosem, kierując się w stronę baz.
- Słucham? Co tam mruczysz? – pytała Esme. – Też chcesz zejść z boiska?
W głębi ducha powstrzymywałam się, żeby tylko nie wybuchnąć śmiechem. Mimo że Emmett był z nas wszystkich największy i najbardziej umięśniony, w takich sytuacjach przypominał wielce obrażonego bachora. Nic tylko przylać mu w tyłek. Prawie parsknęłam śmiechem, wyobrażając sobie Esme karającą w ten sposób Emmetta – bądź co bądź to jej syn.
Tym razem to ja wybijałam. Rosalie posłała piłkę, ale chyba już nie chciało jej się grać, bo zrobiła to nadzwyczaj mozolnie. Piłka więc poleciała daleko w las, a ja najszybciej jak umiałam przebiegłam przez trzy bazy. Fakt, że Jasper siedział na trawie, również ułatwił mi sprawę. Następna była Alice, która zdobyła dwie bazy, a gdy wybijał Carlisle, zrobił to z taką mocą, że mogłabym przyrzec, że aż ziemia zadrżała. W każdym razie wygraliśmy, czym niesamowicie zdenerwowaliśmy Emmetta.
- Mówiłaś, że moja drużyna wygra! – rzucił wściekle do Alice, która w odpowiedzi uśmiechnęła się przebiegle.
- A kto mówił, że nie kłamałam?
Zaśmiałam się głośno, Carlisle mi wtórował, a Esme jedynie wywróciła oczami. Doskonale wiedziałam, że ta cała gra kompletnie ją nie interesowała, a przychodziła tu jedynie, by bardziej zintegrować się z rodziną.
Spojrzałam na niebo, uświadamiając sobie, że szybko nam poszło. Skończyliśmy przed czasem, więc może nawet udałoby się rozegrać kolejną turę? Z nadzieją spojrzałam na Alice, mając nadzieję, że jakimś cudem wiedziała, o czym myślę. Moja siostra jednak tępym wzrokiem wpatrywała się przed siebie. Od razu się domyśliłam, że nawiedziła ją wizja. Szybko więc weszłam w jej myśli.
Widziałam dwa wampiry. Rudą kobietę i czarnego mężczyznę, kierujących się w stronę naszej polany. Nic nie byłoby w tym dziwnego, gdyby nie to dziwne uczucie. Chyba szykowały się kłopoty…
Alice już otworzyła usta, by powiadomić resztę o nadchodzących gościach, ale Jasper już ujrzał ich kształt zza drzewami. Nie minęła nawet minuta, kiedy na polanę dumnie wkroczyły dwa wampiry. Mężczyzna uśmiechnął się niepewnie, jednak kobieta pozostała niewzruszona i obserwowała wszystko w niesamowitym skupieniu. O niczym nie myślała. Wiem, bo sprawdzałam.
- Witajcie – zaczął brunet, a Carlisle kiwnął głową. – Jestem Laurent, a to Victoria. Słyszeliśmy o was. O rodzinie wampirów mieszkających w pobliżu. Trochę nas zdziwiła ta „rodzina”, więc postanowiliśmy was odwiedzić i zobaczyć, jak żyjecie. Mam nadzieję, że to nie problem?
- Naturalnie, żaden problem, aczkolwiek wybraliście sobie dość niewygodny dla nas termin. Z największą przyjemnością będziemy was gościć w naszych progach, ale nie w tej chwili. Dopiero wprowadziliśmy się do tego miasteczka i chcielibyśmy się tutaj najpierw zadomowić.
Carlisle spojrzał na Laurenta i Victorię, uśmiechając się nieznacznie.
- Doprawdy szkoda – wyszeptała cicho pod nosem kobieta. Chyba nie wiedzą, z kim rozmawiają…
Dobiegły mnie jej myśli, powodując, że niemal od razu się zdenerwowałam. Zacisnęłam pięści i najmroczniej jak tylko potrafiłam spojrzałam prosto w jej oczy.
- Carlisle chyba wyraził się jasno. Mam pomóc ci czytać pomiędzy wierszami?
Nie wiem, czemu to powiedziałam. Równie dobrze mogłam trzymać język za zębami. Właśnie przez takie nieprzemyślane gadulstwo sprowadzam na nas wrogów. Nie mogłam się jednak powtrzymać, a wiadomo, że wampiry to z urodzenia narwane stworzenia.
Co jest, Bella? – zapytał Jasper. – Wszystko w porządku?
Machinalnie pokiwałam głową.
- Nie mam więcej pytań – wręcz wywarczała przez zaciśnięte zęby. Ta dziwka czyta w myślach, czy co?
- Może grzeczniej?
Victoria zmrużyła groźnie brwi i już miała coś powiedzieć, ale w słowo wszedł jej Carlisle. Mówił jednak do Laurenta.
- Chyba najwyższy czas, abyście opuścili nasz teren. Nie chcemy niepotrzebnych kłopotów.
- Oczywiście – poparł go wampir. – Może kiedyś wpadniemy i będzie to w – rzucił kątem oka na mnie – przyjemniejszych warunkach. Chodź, Victoria.
To nie koniec. Może wygrałaś bitwę, ale wojna będzie moja!
Ruda po raz ostatni obrzuciła wzrokiem całą naszą rodzinę, po czym szybko uciekła. W jej ślady niemal od razu poszedł jej… przyjaciel? W zasadzie nie obchodziło mnie, kim dla siebie była ta dziwna dwójka, ważne, abyśmy już więcej nigdy ich nie spotkali. Chociaż przyznam szczerze, że jej słowa zabrzmiały niczym groźba będąca cichą obietnicą. Byłam więc prawie pewna, że w przeciągu paru lat ponownie się spotkamy i nie będą to – jak to określił Laurent – przyjemne warunki.

* * *

Nareszcie nadszedł ostatni dzień szkoły! Dodatkowo  było nadzwyczaj słonecznie, dzięki czemu nie musieliśmy iść na zakończenie roku, gdzie dyrektor pogadałby coś na temat naszych wyników i życzyłby spokojnych wakacji, a następnie wszyscy rozeszliby się do domów. Poza tym za parę godzin ruszamy na Alaskę, żeby odwiedzić naszą drugą rodzinę.
Już chyba lepiej być nie mogło!
Rozejrzałam się po salonie, jednocześnie przewracając stronę książki. Rosalie i Alice biegały po domu niczym szalone i wszystkich pakowały. W zasadzie mogło być lepiej.
Uśmiechnęłam się do siebie, po czym znów pogrążyłam się w lekturze.
Pół godziny później dziewczyny dołączyły do Esme, Carlisle’a i Jaspera, którzy znajdowali się w lesie i polowali. Sama nie miałam zbytniej ochoty na przekąskę. Postanowiłam poczekać, bo na Alasce były naprawdę olbrzymie i smaczne niedźwiedzie. Rozmarzyłam się, wyobrażając sobie, jak kojąco się wtedy czuje, jak krew spływa po gardle i trafia do żołądka, napełniając cię i łagodząc to nieznośne pieczenie.
- Myślisz o Marku? – zapytał Emmett, rzucając się na kanapę koło mnie. – Znowu będziesz mu dawać złudne nadzieje i twoja kobieca natura już nie może się doczekać?
- Serio to powiedziałeś?
Uniosłam wysoko brwi.
Szczerze mówiąc, kompletnie zapomniałam, że wyjazd na Alaskę równał się ze spędzaniem czasu z Markiem. Najbardziej ze wszystkiego nie mogłam się doczekać, by zobaczyć Kate, która była dla mnie chyba najbliższą osobą. Nie zrozumcie mnie źle, kochałam Rose, Alice i Esme, ale one w głowach miały jedynie przyziemne sprawy dotyczące głównie mody i podążania za nią. Wraz z Kate uciekałyśmy od tego jak najdalej. Uwielbiałyśmy chodzić po górach, skakać po drzewach, ścigać się, walczyć z niedźwiedziami. Często też raziła mnie prądem i patrzyłyśmy, jak długo wytrzymam. Przyznam, było to dość dziwne i kompletnie dziecięce, ale kiedy miałyśmy zachowywać się jak dzieci? Jako ludzie? Podczas wojen, chorób i zmartwień? Obie wychowywałyśmy się w podobnych okresach i często nawet jako dzieci nie miałyśmy co włożyć do garnka. Teraz próbowałyśmy po prostu sprawić, żeby nasze życie było szczęśliwsze.
Wracając jednak do Marka… Często miałam wrażenie, że ta jego cała miłość skierowana ku mnie, była lekko przesadzona. Oczywiście, jakieś tam uczucia wobec mnie żywił, ale wydawało mi się, że były one bardziej braterskie. Po prostu brakowało mu bratniej duszy, kogoś do kochania, i na nieszczęście obiektem swoich westchnień mianował mnie. Wielokrotnie starałam się przemówić mu do rozsądku, raz nawet postanowiłam wyzbyć się własnych uprzedzeń i spróbować. Nawet nie zdążył złapać mnie za rękę, a ja już wybuchłam śmiechem i oznajmiłam, że nic z tego nie wyjdzie.
Cała rodzina, choć głównie Jazz, Emmett i – o losie – Kate, zakładali się, kiedy się zejdziemy albo czy w ogóle postanowimy być razem. Do tej pory nie wiedziałam, kto jest jakiego zdania, ale nie obchodziło mnie to za bardzo. Miałam własne problemy.
Schowałam twarz w dłoniach.
- Płaczesz? – zająkał się Emmett, przechylając głowę.  – Przepraszam, nie wiedziałem, że aż tak bardzo cię to ruszy. Chciałem się pośmiać.
- Daj spokój, nie jestem dzieckiem.
Spojrzałam na niego spod byka, dzięki czemu niemal od razu się rozchmurzył.
- Nie przypominasz też kobiety. – Na te słowa zmarszczyłam czoło. – Z zachowania. Wyglądowo masz wszystko na swoim miejscu, jeżeli wiesz, o co mi chodzi.
Roześmiałam się. Już dawno tego nie robiłam, więc wydany dźwięk jeszcze bardziej mnie zaskoczył. Emmett zawsze wiedział, jak poprawić mi humor. Chociaż głównie robił to nieświadomie.
- Emmett!
Z dworu dobiegł krzyk Rose, przez co mój brat natychmiast zerwał się na nogi.
- A ty jesteś pantoflarzem – odrzekłam zadowolona i wróciłam do lektury w o niebo lepszym nastroju. Dzisiejszy dzień naprawdę zapowiadał się nieziemsko.

* * *

Nim zdążyłam się zorientować, całą rodziną już staliśmy pod domem naszych przyjaciół.  Chociaż słowo „staliśmy” nie było zbyt odpowiednie co do sytuacji, które właśnie miała miejsce. Otóż kiedy Jasper i Alice zobaczyli śnieg, zaczęli rzucać we wszystkich śnieżnymi kulami. My naturalnie nie pozostaliśmy im dłużni i chwilę później dorosłe osoby, niektóre żyjące nawet parę stuleci, obrzucały się śniegiem w najlepsze.

Tę chwilę radości przerwała nam piękna blondynka stojąca w drzwiach i szeroko uśmiechająca się w naszym kierunku.

24 czerwca 2014

Ogień i lód (5)

Rozdział 5: Powrotny wyjazd

Od tamtego wydarzenia minął miesiąc, a ja dalej nie mogłam powstrzymać rozmyślań na temat obietnicy Jamesa. Przed oczami ciągle widziałam ten przerażający wzrok i bezgranicznie czerwone oczy pełne furii.
Za około cztery minuty i trzydzieści dwie sekundy miałam hiszpański, dlatego powolnym krokiem zmierzałam przez prawie pusty parking przed szkołą. Czułam delikatny powiew wiatru, który łaskotał mnie po twarzy. Wzięłam głęboki oddech, lecz zaraz pożałowałam, bowiem do moich nozdrzy dostały się przecudowne ludzkie zapachy. Coraz częściej zaczynałam żałować, że nie mogłam zakosztować choćby odrobinki tej pysznej, ciepłej i niezwykle odżywczej krwi. Pragnienie to bezwzględnie z dnia na dzień przybierało na sile, a ja skutecznie mu ulegałam.
Bałam się, bo ostatnio, kiedy miałam podobne myśli, odeszłam od rodziny i zaczęłam egzystować jako potwór.
W takich chwilach jak ta cieszyłam się, że to ja potrafiłam czytać w myślach. Gdyby inny członek rodziny dowiedział się, co chodziło mi po głowie, to już dawno bym…
Stałam tuż przy samochodzie, gdy poczułam na sobie czyjeś dogłębnie przeszywające spojrzenie. W oka mgnieniu odwróciłam się w stronę lasu i mogłabym przysiąc, że obserwują mnie czarne oczy. Rozglądając się wokół, bez zastanowienia puściłam się biegiem do lasu, mając złe przeczucia. Wystarczyło tylko parę sekund, bym znalazła się na miejscu, w którymś ktoś z pewnością wcześniej stał.
James.
Ta myśl nawiedziła mnie bez żadnego uprzedzenia.
Bello, przestań, popadasz w paranoję, zganiłam siebie, po czym wróciłam na parking.
Nagle usłyszałam dźwięk dzwonka, z czystą niechęcią więc ruszyłam prosto do budynku numer cztery.
Weszłam do klasy w pewnym sensie zadowolona, ponieważ hiszpański miałam z Emmettem, więc przynajmniej nie będę się nudziła. Może uda mi się przez jakiś czas zapomnieć o  tym czerwonym, świdrującym spojrzeniu.
- Już się zaczynałem martwić, że do nas nie dotrzesz, Cullen – przywitał mnie profesor. – Siadaj i słuchaj.
Oczywiście, jak na dobrego ucznia przystało, przeprosiłam za spóźnienie i usadowiłam się tuż obok brata, który rzucił mi zdziwione spojrzenie. Udałam, że go nie dostrzegłam, w skupieniu przyglądając się nauczycielowi, który tłumaczył zastosowania czasów. Banał. Czego oni teraz uczą w szkołach?
Stało się coś, Bells?, zapytał Emmett, zakładając ręce na piersi. Dziwnie wyglądasz. Jakbyś zobaczyła jakiegoś ducha, czy coś...
Uśmiechnęłam się mimowolnie; mój brat nawet nie wiedział, jak doskonale trafił.
Wyciągnęłam kartkę, po czym zakreśliłam na niej parę słów:„Nic mi nie jest, wydaje ci się.”
Bello, przestań kręcić, przecież widzę. To ma coś wspólnego z Jamesem, prawda? Mam go zabić?
Roześmiałam się cicho pod nosem, a Emmett uśmiechnął się szelmowsko w moją stronę. Co jak co, ale Em zawsze potrafił mnie rozbawić.
Reszta lekcji minęła w zupełnej ciszy. Każdy obecny w klasie zajęty był własnymi myślami, pozwalając tym samym na spokojnie prowadzenie zajęć przez profesora, który – swoją drogą – popełniał straszne pomyłki językowe. Jak można zatrudniać na stanowisko nauczyciela aż tak mało kompetentną osobę?
Gdy tylko zadzwonił dzwonek na przerwę, wszyscy uczniowie wręcz wybiegli z sali. Była to ostatnia godzina lekcyjna tego dnia, więc ich zachowanie zdawało się być całkowicie normalne. Sama miałam niezwykłą ochotę, by uciec i schować się gdzieś przed całym światem.
- Nareszcie do domu! – wykrzyknął uradowany Emmett, chwytając torbę i zarzucając ją na ramię. Pokiwałam głową. Wyszliśmy powolnym krokiem, skręcając na korytarzu w lewo, bo zamierzaliśmy przed wyjściem złapać jeszcze Rosalie i Alice. Jasper na pewno stał już przy samochodzie i wykrzywiał twarz z bólu. Czasami strasznie było mi go żal. Słysząc jego myśli, doskonale wiedziałam, jak cierpiał, ale nie chciał się poddawać. Nadal wierzył, że tylko dzięki przebywaniu w otoczeniu ludzi uodporni się na ich zapachy.
- Cześć. – Usłyszałam głos Alice, kiedy wraz z Rose wreszcie do nas dotarły. – Nareszcie do domu, prawda?
Popatrzyliśmy na siebie z Emmettem, po czym uśmiechnęliśmy się porozumiewawczo, na co dziewczyny wzruszyły ramionami. Ruszyliśmy do wyjścia z budynku, rozmawiając i głośno żartując.
Wtem Alice zatrzymała się na środku, a jej wzrok stał się pusty. Miała wizję. Natychmiast wdarłam się do jej głowy, dlatego przez jakieś parę sekund byłyśmy nieprzytomne. Rose i Em skutecznie starali się odwrócić od nas zaciekawione spojrzenia mijanych na korytarzu uczniów.
- Och, nie! – jęknęłam, kiedy wizja dobiegła końca. – Znów to samo!
Moja siostra ze smutkiem pokiwała głową. Nie odezwaliśmy się już więcej, dopóty nie dotarliśmy do Jaspera i do naszych samochodów. Blondyn prawie westchnął z ulgi, mogąc nareszcie skupić uwagę na czymś innym niż na ciągłym zmaganiem z pragnieniem.
- Coś się stało? – zmarszczył brwi. No tak, wyczuł nasze emocje, skurczybyk jeden.
- Nic, tylko musimy się znowu przeprowadzić – powiedziałam zadziwiająco swobodnie i spokojnie. Reszta - z wyjątkiem Alice, oczywiście - popatrzyła na mnie dziwnie. – No co? Mówię, jak jest, a raczej będzie.
- Niby czemu? – zapytała Rosalie. Ona najbardziej nienawidziła naszych przeprowadzek. Zawsze pragnęła się ustatkować i żyć w jednym miejscu i w gronie osób, które kochała. Nie cierpiała zmian. Dlatego ledwo przyzwyczaiła się do bycia wampirem. Prawie przyzwyczaiła, ponieważ dalej zrobiłaby wszystko, byleby na powrót stać się człowiekiem.
- Ludzie powoli zaczynają gadać na nasz temat. Znają nas już wystarczająco długo, by się domyślić, że z naszą rodziną jest coś nie tak. Poza tym te morderstwa...
- Jakie morderstwa? – zapytał Emmett, wsiadając do samochodu. Musieliśmy jak najszybciej oznajmić tę rewelację Carlisle’owi i Esme. Z pewnością nie będą zbyt zadowoleni.
- No, przecież ostatnio w gazecie pisali na temat śmierci niejakiego Thomasa Rollingsona i jego ośmioletniej córki. Poza tym w niewyjaśnionych okolicznościach zaginęło też pięcioro innych osób.
- A co to ma wspólnego z nami? – dopytywał się, sprawiając, że Jasper westchnął zrezygnowany.
- Miasto roi się od coraz to nowszych gości, naszych pobratymców, którzy ciągle nas odwiedzają. Jak myślisz, kogo niebawem posądzą o te zbrodnie?
Uwielbiałam, gdy Jazz rozsiewał wokół swoją sarkastyczną aurę. Wszyscy milkli, pochłaniając się we własne myśli, bo nikt nie ważył się wdać z nim w dyskusję. Jasperowi zbyt łatwo udawało się przejąć kontrolę nad rozmówcą i to bez używania daru.
Jazda do domu trwała zaledwie pięć minut, choć mieszkaliśmy daleko za miastem. Ku zdziwieniu wszystkich, rodzice czekali na nas w progu. Na ich twarzach widniały przygnębienie i troska. Albo coś musiało się stać, albo...
- Chyba musimy wyjechać – zaczął Carlisle na przywitanie – ale to już pewnie wiecie.
Spojrzał na nas serdecznie, ale smutno, wyczekując odpowiedzi. Szybko pokiwaliśmy głowami, więc uśmiechnął się w stronę Alice.
- Gdzie właściwie...
- Chyba żartujesz?! Carlisle! – przerwałam wpół słowa Jasperowi, patrząc spod byka na ojca.
- Mogłem się domyślić, że siedzisz w mojej głowie – powiedział Carlisle i wywrócił oczami. – To najlepsze z rozwiązań. Będziemy daleko stąd i są tam najbardziej odpowiadające nam warunki klimatyczne. Nie wiem, jak ty, Bello, ale ja nie zamierzam siedzieć pół dnia w domu, a wychodzić tylko po zmierzchu jak rasowy wampir.
Westchnęłam, prawie dając za wygraną.
Prawie.
- A co z wilkołakami?
- Forks? Ta wiocha? – spytała Rose i jęknęła głośno. – W życiu nie postawię tam nogi! Możecie tam jechać, ale beze mnie!
Carlisle zerknął kątem oka na Rosalie, ale nic nie powiedział. Doskonale wiedział, że było to tylko czcze gadanie.
-  Od naszej ostatniej wizyty w Forks minęło ponad pięćdziesiąt lat. Wszystkie wilkołaki już bez wątpienia nie żyją. Poza tym ta mieścina jest spokojna od wampirów i z pewnością nikomu z naszych pobratymców nie przyjdzie do głowy nas tam odwiedzić. 
Poddałam się, tata miał rację. Może i Forks było strasznym zadupiem, ale miało swój urok. No i właśnie tam znajdował się mój ukochany pokój i biały fortepian, który brzmiał niczym marzenie. Rozmarzyłam się na moment.
- A reszta? – Carlisle zwrócił się do pozostałych. – Macie coś przeciwko Forks?
Pokiwali przecząco głowami. Jedynie Rosalie skrzyżowała ramiona obrażona.
- Świetnie. W takim razie idę zwolnić się z pracy – oznajmił Carlisle rzeczowo i zaczął zakładać płaszcz. – Wrócę za jakąś godzinę. Zapewne wyjedziemy z samego rana, więc radziłbym zacząć pakować najpotrzebniejsze rzeczy. I nie, Alice – zwrócił się do szatynki – nie weźmiesz więcej niż dwóch walizek.
Dziewczyna naburmuszyła się i w milczeniu weszła do domu. Miałam ochotę parsknąć śmiechem, ale zaniechałam, ponieważ zobaczyłam minę Jaspera.
- Czy jest szansa, że jednak zostaniemy? – próbowała dalej Rose, wydymając wargi. – Nie mam ochoty znów powtarzać liceum!
Nikt nie odpowiedział. Rzuciłam więc znaczące spojrzenie Emmettowi i uśmiechnęłam się rozbrajająco. Szybkim krokiem podszedł do Rose i przerzuciwszy ją przez ramię, zniknął za drzwiami domu. Usłyszałam jeszcze głośny trzask i domyśliłam się, że Rose mocno uderzyła go w plecy. Esme uśmiechnęła się i mrugając do nas, ruszyła szukać walizek.
- To będzie zabawa – westchnął Jasper i poszedł w ślady Esme.
Zostałam sama.
Swoje rzeczy byłam zdolna spakować w niecałe dziesięć minut, dlatego postanowiłam zapolować. Wbiegłam do lasu, zastanawiając się, jak upozorujemy nasz nagły wyjazd. Część, w której trzeba było wymyślić jakąś niezłą historyjkę, należała do Alice. Tym razem jednak postanowiłam się do czegoś przydać.
Zanim dotarłam do zwierzyny, ustaliłam, że będziemy musieli pojechać samochodami. Po pierwsze, z pewnością nam się przydadzą w Forks, a po drugie: dziwnie wyglądałaby siedmioosobowa rodzina wędrująca pieszo ulicami z walizami i mnóstwem rzeczy podręcznych. No i najważniejsze: nigdy i nigdzie nie zostawiłabym mojego autka.
Stanęłam prawie kilometr przed jeleniem i wzięłam głęboki wdech, chcąc, by wampirza strona chwilowo przejęła nade mną kontrolę. Nie musiałam długo czekać, żeby oddać się zmysłom.

* * *


Mój plan był idealny, lecz nie przewidziałam tego, że każdy będzie chciał pojechać swoim samochodem. Myślałam, że wystarczą dwa, ale nie. Mam zbyt wymagającą i wygodną rodzinę… Carlisle wziął więc mercedesa z przyciemnianymi szybami, do którego od razu zapakowała się Esme. Trochę zastanowiło mnie jej zachowanie, ale kiedy weszłam w głowę Esme ta z uwagą starała się myśleć o wszystkim, byle nie o… I tego właśnie nie wiem, ale kiedyś z pewnością się dowiem. Mam wrażenie, że z tą tajemnicą wiąże się pewna bardzo interesująca historia.

Rosalie bez zastanowienia usiadła za kierownicą czerwonego kabrioletu, a kiedy Emmett chciał wejść do swojego jeepa, blondynka wręcz zażądała, by trasę przebył z nią. W takiej sytuacji samochód mojego brata zarekwirowali Jasper i Alice. Summa summarum w volvo siedziałam sama i jadąc, próbowałam nie umrzeć z nudów. Włączyłam nawet radio, ale puszczali taki kit, że aż mnie zemdliło. Prułam ponad dwieście na godzinę, mając ochotę kogoś rozszarpać.
Nagle usłyszałam dźwięk telefonu, więc szybko sięgnęłam do kieszeni.
- Słucham?
- Bella, nie uwierzysz! Czy wiesz...
Alice jak zwykle wiedziała, w którym momencie pojawić się na horyzoncie. Jakoś wyczuła mój podły humor i chciała czymś zająć myśli. Wiedziałam jednak, że rozmawiając ze mną, Jasper będzie się czuł jak piąte koło u wozu. Westchnęłam więc i kiedy skończyła mówić, odpowiedziałam coś półgębkiem i się rozłączyłam.
Bez zastanowienia wyprzedzałam samochody na drodze, ponieważ chciałam dotrzeć do Forks jako pierwsza. Mogłabym się wtedy dokładnie rozejrzeć i rozeznać. Miałabym też czas na ustalenie zapasowego planu, gdyby coś wydałoby mi się nie tak. 
Pół godziny później wreszcie przekroczyłam granicę miasta. A właściwie to miasteczka, ponieważ populacja nie liczyła więcej nić trzy tysiące pięćset osób. Przyznam, że byłam ciekawa, czy dużo zmieniło się od naszej ostatniej wizyty. Kiedy jednak znalazłam się w centrum moje zainteresowanie kompletnie wyparowało, ustępując miejsca rozżaleniu i goryczy. Ale wiocha!, przeszło mi przez myśl. Rosalie miała rację. Jedyne, co od razu przypadło mi do gustu, to chłodna pogoda. Będziemy mogli więc wychodzić do ludzi bez obaw, że prawda wyjdzie na jaw.
Skręciłam w bardzo dobrze znaną mi leśną dróżkę, a po chwili zaparkowałam volvo tuż przed domem. Nie mogłam się nadziwić, uśmiech bezwiednie wpłynął na twarz.
Cholernie tęskniłam za tym domem.
Był on ogromny. Na zewnątrz prezentował się przecudownie, ponieważ połączenie drewna i cegły dodawało mu w pewnym sensie elegancji i innowacyjnego stylu. Oprócz tego prawie na każdym kroku widoczne były olbrzymie okna, które sprawiały, że wnętrze  stawało się niezwykle jasne. A to, że znajdował się pośrodku lasu, wcale nie burzyło znakomitego efektu.
Esme naprawdę się spisała.
Gdy tak stałam, podziwiałam i rozmyślałam, usłyszałam dźwięk nadjeżdżających samochodów. Nie musiałam długo czekać, by reszta rodziny stanęła obok mnie i z radością przyglądała się mieszkaniu.
- Ależ tu pięknie – westchnęła Alice, a w jej oczach zabłyszczały iskierki. No tak, była tutaj po raz pierwszy. Jasper w odpowiedzi pokiwał głową, po czym z szerokim uśmiechem złapał ukochaną za rękę. Popatrzyli na siebie z czułością. Przez moment czułam się, jakbym trafiła w środek ich prywatności. Odwróciłam więc wzrok.
Z zaskoczeniem poczułam czyjąś rękę na ramieniu. Po zapachu poznałam, że to Esme. Westchnęłam i mocniej ją ścisnęłam. Carlisle niespodziewanie pojawił się tuż przed moimi oczami.
- No nareszcie – jęknęła Rosalie i nie zwracając na nic więcej uwagi, szybkim krokiem podążyła prosto do swojego pokoju, chcąc zapewne się wypakować. Mimo iż udawała niewzruszoną, to w jej głowie wychwyciłam myśli pełne zadowolenia.
Pokręciłam głową z dezaprobatą.
- Chodźcie, zobaczcie środek domu – rozpromieniła się Esme, ciągnąc za sobą Alice i Jaspera. Byłam ciekawa, jak zareagują na wnętrze, więc udałam się za nimi. Kątem oka zauważyłam, jak Carlisle mruga do mnie porozumiewawczo.
Weszłam prosto do salonu i aż wydałam z siebie cichy okrzyk. Natychmiast podbiegłam do mojego ukochanego białego fortepianu, delikatnie go głaszcząc i nie mogąc się nacieszyć.
- Ach, kochanie! – krzyknęłam, kompletnie zdając sobie sprawę, jak głupio wyglądam i się zachowuję. – Jak ja za tobą tęskniłam! Przepraszam, że o tobie zapomniałam i mam nadzieję, że dobrze się czujesz? – mówiąc to, nacisnęłam górne C. Dźwięk był głośny i jakże słodki.
Rozpromieniłam się.
Reszta obecnych przyglądała mi się ze zdziwieniem, więc wzruszyłam ramionami.
Wtem usłyszałam myśli Alice.
Od razu skierowałam się w stronę mojego dawnego pokoju, po czym widząc, jak moja siostra podąża za mną krok w krok, próbowałam ją zatrzymać. Na szczęście udało mi się i już chwilę później stałam na swoich „starych śmieciach”.
- Wybacz, siostrzyczko, ale to mój pokój – uśmiechnęłam się wrednie i bezceremonialnie zatrzasnęłam jej drzwi przed nosem. Do uszu dotarło mi głośne warknięcie, a później nawoływanie Jaspera. No tak, na co najmniej dwa dni śmiertelnie się na mnie obraziłą. Jaka szkoda, że nie będę musiała wysłuchiwać ciągłego ględzenia Alice o ciuchach i aktualnej modzie… Ze stokroć lepszym humorem zaczęłam przeglądać stare rzeczy w szafach i na półkach.
Jak ja cholernie tęskniłam!
Może ten przyjazd do Forks nie był aż tak strasznym pomysłem?

* * *
Forks coraz bardziej zaczynało mi się podobać. Pogoda odpowiadała nam w stu procentach – w ciągu trzech tygodni słońce nie wyszło zza chmur ani razu – i ludzie, mimo że nadal byliśmy tematem plotek, powoli dawali nam spokój. Oczywiście, co jakiś czas wśród uczniów krążyły dziwne plotki na temat rodziny Cullenów, ale zaczęliśmy się do tego stopniowo przyzwyczajać. Mieliśmy w końcu prawie pół wieku praktyki. Zawsze przyjeżdżając do nowego miasta, by po raz kolejny zacząć życie licealne, byliśmy podatni na jego mieszkańców.
Głównie przez te plotki zostaliśmy zmuszani do wymyślania jakichś wiarygodnych bajeczek o zamieszkaniu w danym mieście. Wraz z Alice po wielu żmudnych godzinach przemyśleń wreszcie ustaliłyśmy ostateczną wersję, która mimo upływu czasu wciąż sprawowała się nienagannie. Poza tym w większości była prawdą. Alice, Rosalie, Jasper, Emmett i ja zostaliśmy adoptowani przez Carlisle’a i Esme, co tłumaczyło brak podobieństwa. Przed przeprowadzką chodziliśmy do najlepszego liceum na Alasce, przez co mamy aż tak jasny odcień skóry i ciut lepszą wiedzę od reszty uczniów oraz obeznanie świata. Nie jest to też nasza pierwsza zmiana zamieszkania. Na jakiekolwiek pytania dotyczące wyboru miasta, odpowiedź była jednakowa: Esme pragnęła wieść spokojne życie na uboczu, a my nie chcieliśmy jej ograniczać.
Powłócząc nogami, ruszyłam prosto do sali  historii, mając nadzieję, że profesor okaże się naprawdę mądrym człowiekiem, który nie tylko będzie znał się na rzeczy, ale również w dość kreatywny sposób będzie potrafił przekazać wiedzę innym. Na szczęście intuicja mnie nie zawiodła. Pan Joseph Howe zdecydowanie miał talent i robił to, co kochał. Z zapałem opowiadał o czarownicach z Salem, które w 1692 roku w Nowej Anglii zostały posądzone o uprawianie magii. Z czystym sumieniem mogłabym stwierdzić, że lekcja ta należałaby do udanych, gdyby nie mój towarzysz z ławki. Przedstawił się jako Mike Newton. Był to chłopak o dość mosiężnej posturze, który sprawiał wrażenie tępego mięśniaka. Nie trzeba mu było zaglądać do głowy, by dowiedzieć się, jakie wartości uważał za priorytety. Z miejsca mi się nie spodobał i żałowałam, że usiadłam akurat obok niego. Trzeba jednak przyznać, że pachniał perfekcyjnie. Była to pomarańcza z imbirem. W chwili gdy poczułam zapach Mike’a, marzyłam jedynie o rzuceniu się prosto do jego gardła. Prawdziwa pokusa, której zdecydowanie trudno było się oprzeć. Na szczęście miałam za sobą lata praktyki i doskonale wiedziałam, jak się zachować, gdy natura wampira pragnęła przejąć kontrolę. Od razu trzeba przestać oddychać, ale dla niepoznaki powinno poruszać się klatką piersiową. Dobrze byłoby też wbić paznokcie w dłonie, bo wywołany ból, częściowo rozpraszał uwagę.
Kiedy tylko zadzwonił dzwonek, klasa prawie wybiegła ze środka i podążyła prosto na stołówkę.
Wreszcie rozpoczęła się przerwa obiadowa.
Ci głupi uczniowie nawet nie wiedzieli, w jakim byli zagrożeniu, przebywając na stołówce razem z nami, wampirami. W małym pomieszczeniu gromadziły się zapachy obecnych, co było istną bombą. Wystarczył krótki zanik silnej woli, by wszystkich rozszarpać na strzępki. 
Rozejrzałam się wokół, szukając stolika, które okupowało moje rodzeństwo. Emmett machnął ręką, więc szybko i stanowczo skierowałam się ku stolikowi koło okna. Przemierzając stołówkę, czułam na sobie wiele spojrzeń. Chcę do domu, jęknęłam. Nienawidziłam być w centrum uwagi ludzi podziwiających cię wyłącznie za piękno i drapieżny wygląd. I za to, że byłam wolna. Rose i Alice nie cieszyły się aż tak wielkim zainteresowaniem, bo przy ich nazwiskach od razu pojawiało się słowo „zajęta”. Rzadko który chłopak odważył się podejść do którejś nich na przerwie i zagadać. Według mnie takie zachowanie miało jeszcze jedną przyczynę, a właściwie dwie. Nazywały się Jazz i Em. Byli dość przerażający, kiedy się nie znało ich charakteru. Zazdrościłam im tej umiejętności, więc też czasami próbowałam wzbudzać strach, żeby dano mi spokój.
Siadając na krześle, wyjrzałam przez okno i zaczęłam podziwiać krajobraz. Szkołę w Forks zbudowano zdecydowanie w nietuzinkowy sposób. Zamiast jednej konstrukcji z paroma piętrami stało pięć różnych budynków plus stołówka z sekretariatem. Taki układ był strasznie męczący, ponieważ chcąc przejść z jednej klasy do drugiej, czasami trzeba było pokonać długą drogę.
- Gdzie Alice i Jasper? – zapytałam, posyłając zdziwione spojrzenie Rose. – Czyżby teraz była ich kolej w jedzeniu tych pyszności?
Emmett roześmiał się głośno.
- O tak – przytaknął. – Nie mogli się już doczekać, dlatego ustawili się w kolejce prawie jako pierwsi.
Popatrzyłam na nich, po czym z trudem opanowałam wyrywający się z gardła śmiech. Miny Alice i Jaspera były bezapelacyjnie bezbłędne. Uspokoiłam się nagle, zdając sobie sprawę, że Jasperowi jest wyjątkowo ciężko. Miał niezwykle zamęczony wzrok i ledwo widoczne, napięte mięśnie. Jazz najpóźniej przeszedł na naszą dietę, dlatego aż tak bardzo cierpiał. Poza tym kiedy jeszcze szkolił nowonarodzonych, pił wyłącznie ludzką krew. Przejrzałam bezwiednie jego myśli i wzdrygnęłam się. W głowie Jaspera przelatywały obrazy pełne drastycznych planów prowadzących do skosztowania cudownie orzeźwiającego i życiodajnego płynu. Nagle cały ból odpłynął dzięki lekkiemu muśnięciu ręki Alice.
- Bello? Jesteś jeszcze z nami?
Z transu wybudził mnie melodyjny głos Rose.
- Skoro już reagujesz – zaczęła ponownie, zakładając kosmyk włosów za ucho – to może pojechałybyśmy w ten weekend na zakupy do Seattle? Muszę sobie kupić parę ciuchów, bo większość została…
Jęknięcie przerywające jej wpół zdania wyrwało się z mojej piersi niepostrzeżenie.
Nienawidziłam chodzić po sklepach i nie miałam pojęcia, co takiego widziały w tym moje siostry. Od razu pokiwałam przecząco głową.
- Męcz Alice, nie mnie.
- O wilku mowa – wtrącił się Emmett. – Co dzisiaj jecie?
Wraz z Rosalie parsknęłyśmy, widząc oburzoną minę Alice. Dla lepszego efektu założyła jeszcze ręce na piersi. Po części chciało mi się śmiać, ale jednocześnie doskonale rozumiałam zachowanie siostry. Nie mogliśmy jednak wzbudzać podejrzeń, więc co jakiś czas trzeba było zmusić się do „skosztowania” padliny zwanej ludzkim jedzeniem. 
Nagle Alice z uśmiechem popatrzyła na Rose.
- Jasne, że pojadę. Poza tym muszę kupić parę materiałów, bo obiecałam Esme. I tak – dodała, puszczając oczko w moją stronę– dla ciebie też coś weźmiemy, Bello.
- Na to liczyłam.
Przez chwilę wokół nas panowała cisza, ponieważ każdy zajęty był własnymi myślami. Oprócz mnie. Ja zajęta byłam myślami innych. Z zniesmaczoną miną, ale również i ze współczuciem patrzyłam, jak Jazz zmusził się do ugryzienia i przełknięcia kawałka pizzy. Alice posłała mu smutne spojrzenie, ale na osłodę pocałowała go w policzek. Sekundę później i ona coś żuła. Odwróciłam wzrok, żeby nie zwymiotować.
Ciekawe, kiedy będzie kolejna burza?
Uśmiechnęłam się do Emmetta, dając mu przy okazji znać, że siedziałam w jego głowie.
Bello, zobacz, czy Alice tego nie wie, co? I od razu wybierz zwycięską drużynę, w której muszę być ja.
- W sobotę – powiedziałam, sprawiając, że oczy mojego brata lekko się zaświeciły. Uwielbiał rywalizować, a szczególnie gdy był pewny wygranej. Musiałam więc go lekko podpuścić i najzwyczajniej okłamać. – Ty, Rose i Carlisle.
- O co chodzi? – zaciekawiła się blondynka.
- Będzie burza z piorunami i podałam nazwę zwycięskiej drużyny.
- Bello, przecież… - zaczęła Alice, ale szybko rzuciłam jej znaczące spojrzenie. Natychmiast zamilkła, zdając sobie sprawę, do czego zmierzałam. Z miny, którą mnie obdarzyła, wywnioskowałam, że się cieszyła. Po raz pierwszy od trzech miesięcy będziemy w stanie wygrać. W końcu nam też się należało, prawda?
Zadzwonił dzwonek obwieszczający koniec przerwy.
Do końca dnia pozostały nam jeszcze dwie lekcje, co było dość pokrzepiające. Mimo iż dzień nie należał do niezwykłych, miałam dziwne przeczucie, że był dopiero początkiem. Ciszą przed burzą – dosłownie i metaforycznie.
Pozostało mi jedynie udanie się do klasy biologicznej i wyczekiwanie do soboty, do dnia, w którym wszystko się rozstrzygnie. W trakcie meczu wizja Alice spowiła nagle czarna plama świadcząca o niepodjętych decyzjach. Pytanie brzmiało, co lub kto stanie w centrum wydarzeń, które nie zapowiadały się zbyt pozytywnie.