Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fortuna kołem się toczy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fortuna kołem się toczy. Pokaż wszystkie posty

21 marca 2018

Fortuna kołem się toczy (E)

Cześć.
We wstępie chciałabym Was bardzo mocno przeprosić za brak odzewu, ale wylądowałam w szpitalu, gdzie niestety dostęp do laptopa był ograniczony (czyt. leżał spokojnie w domu i czekał na mój powrót). W każdym razie teraz wracam wypoczęta i w pełni sił, z lekkim brakiem weny, ale to nic. :) Mam nadzieję, że po moim nieodzewie jeszcze ktoś tu wejdzie i coś przeczyta. Szczególnie teraz, szczególnie to - epilog Fortuny! 
Do tej pory pamiętam, jak i kiedy zaczęłam go pisać. Ech... Dziesięć lat na jedno opowiadanie to dużo czasu, ale tak to bywa, gdy pochłaniają cię inne projekty, a od tego pierwszego, poniekąd najważniejszego stronisz. Oby tylko nie było tak z drugą częścią - trzymajcie kciuki!
Już bez ględzenia. Zapraszam do czytania i jeszcze raz bardzo przepraszam.
Buziaki!


Epilog

21 lutego 2018

Fortuna kołem się toczy (52)

Ledwo, ale zdążyłam - zapraszam na ostatni rozdział Fortuny, w którym macie dużo Lilki i Jamesa, i mało problemów, i w ogóle sielankę. :) No, dobra, przed nami jeszcze epilog, żeby nie było. :P
Zgodnie z Waszym wyborem od teraz rozdziały będą się pojawiały rzadziej. Raz/dwa na tydzień. Będę miała więcej czasu na pisanie albo przynajmniej na wzięcie się w garść i usiądnięcie przed laptopem, żeby cokolwiek napisać.
Dobra, już nie przedłużam - czytajcie, komentujcie, bawcie się. :P
Buziaki!

P.S. Coś odwaliło się z postem i nie mogę zmienić wyglądu gifu i tekstu zaraz obok. Proszę o wybaczenie. :P


52. Przyszłość zaczyna się dzisiaj, nie jutro
~ Jan Paweł II

12 lutego 2018

Fortuna kołem się toczy (51)

Dzisiaj rozdział później niż zwykle, mam jednak nadzieję, że nie macie mi tego za złe. :) Pojawia się Anne, Regulus (ostatnio norma), paru Śmierciożerców, ktoś, Charles i kot. Zaciekawionych zapraszam do czytania i komentowania (byłoby miło :D). 
Z treści informacyjnych to raczej tyle. 
W zasadzie nie wiem, co tu jeszcze nabazgrać - może macie jakieś pytania?
Do następnego!


51. Czuj się dzielny, działaj tak, jakbyś był dzielny
~ William James

9 lutego 2018

Fortuna kołem się toczy (50)

Hej!
Definitywnie zbliżamy się do finiszu Fortuny, z czego jestem niesamowicie zadowolona. Ciekawi mnie Wasza reakcja na kolejne rozdziały. Liczę nawet, że Was zaskoczę i tym samym dobrze wprowadzę do drugiej części. :)
W ogóle patrząc na ten gif, nie mogę powstrzymać szerokiego uśmiechu. Ten chłopak tak bardzo przypomina Regulusa z dzisiejszej części, że aż się wierzyć nie chce. :) Swoją drogą, jak sobie go wyobrażacie? Jako jakiego aktora?
Zaczyna się weekend, wreszcie. Pochwalcie się swoimi planami na najbliższe dni!
Do następnego!


50. Szczerość jest jeszcze trudniejsza od matematyki
~ Jan Kurczab

30 stycznia 2018

Fortuna kołem się toczy (49)

Ledwo zdążyłam z tą publikacją, ale jest! Na swoje wytłumaczenie mam to, że się źle czułam przez cały dzień i dopiero teraz jako-tako mi przeszło. :) Rozdział należy do lżejszych, w którym co nieco o nastoletnich zazdrościach. Liczę, że się spodoba. Obiecuję też, że w kolejnym będzie dziać się o wiele więcej i będą one już wprowadzać do części drugiej. 
Jak mija wam weekend? :)
Do następnego!



49. Głupota nie zawsze czyni złym, złość zawsze czyni głupim
~ Francoise Sagan

9 grudnia 2017

Fortuna kołem się toczy (48)

Hej, hej. :)
Zgodnie z wolą Moniki wstawiam ostatni napisany rozdział Fortuny przed dopadnięciem zapaści twórczej. Wiem, że miałam skończyć wreszcie to cholerne opowiadanie, ale... No, nie potrafię. Niemniej, będę próbować, a nuż coś się naskrobię? Tymczasem liczę, że długość rozdziału trochę zrekompensuje mą niemoc. :)
Nie uważacie, że wyglądają uroczo? :D Mówię, oczywiście, o Lily i Jimie, o, tutaj, poniżej. Swoją drogą, to trochę gówniarskie zachowanie, że wstawiam kolejny art, ale samo przeglądanie ich daje mi radość, więc może i Was trochę rozweseli. :)


I mam jeszcze najważniejsze pytanie: jakieś ciekawe plany na sylwestra? Bo ciągle się waham, co takiego zrobić, a z Waszą pomocą może uda mi się wymyślić coś interesującego. :)
No, to teraz do następnego!
Buziaki!



48. Nadchodzi czas, kiedy będzie trzeba wybrać między tym co dobre, a tym co łatwe
~ J. K. Rowling


2 grudnia 2017

Fortuna kołem się toczy (47)

Cześć i czołem. :)
Rozdział jest długi, zajmuje ponad osiem stron w Wordzie, z czego mogę być minimalnie dumna. Ostatnio coś często wspominacie (czyt. Monika wspomina xD), że brakuje Wam (Ci) paru bohaterów, więc teraz postanowiłam zawrzeć większość. Macie(sz) Lilkę i Jamesa, Lissie, Remusa, Syriusza i... (tu nie zaspojleruję :P). Zabrakło jedynie Anne oraz Regulusa, ale o nich już wystarczająco zadbałam, tak mi się wydaje.
Z racji tego, że Fortuna cieszy się niezbyt dużym zainteresowaniem, kolejnymi postami będą miniaturki. Oczywiście, skończę to opowiadanie, możecie być spokojni. Dodam te trzy (?) one-shoty, a potem wrócę do moich ukochanych Huncwotów. :) Może robiąc sobie chwilową przerwę, Wena wróci? 
W ogóle w główce zaczyna mi kiełkować pomysł na całkowicie nowe opowiadanie, czym jestem lekko przerażona, bo mój plan dokończenia wszystkich rozpoczętych opowiadań powoli spełza na niczym... Boże, tak bardzo chciałabym mieć tyle chęci i czasu, żeby jednocześnie pisać nowe i zająć się starymi! 
I tu pytanie do Was: która opcja Wam bardziej pasuje? :)
Dobra, dzisiaj trochę się rozpisałam (jako zadośćuczynienie poprzedniej notki), dlatego już nie przynudzam, zapraszam do czytania rozdziału 47. 
Buziaki!



47. Nic tak nie przypomina przyjaźni jak związki pielęgnowane w interesie miłości
~ Jean de La Bruyere

27 listopada 2017

Fortuna kołem się toczy (46)

Dzisiaj krótko, bo nie mam zbytnio Weny na pisanie - niestety. Po prostu zaproszę Was na rozdział, który osobiście bardzo lubię. A co Wy o nim sądzicie? Ciekawa jestem Waszej opinii. :)
Następnym razem, obiecuję, napiszę dłuższy wstęp.

 
46. Dziwne, że ludzie nie widzą tego, co mają pod nosem
~ Agatha Christie


22 listopada 2017

Fortuna kołem się toczy (45)

Dzisiejszy wstęp będzie krótki, bo trochę wczoraj przeholowałam z alkoholem (niegrzeczna ja), więc chciałabym sobie dogorywać w spokoju. :) W każdym razie ciekawa jestem Waszych reakcji na rozdział, szczególnie na ostatni fragment z Peterem. Spodziewaliście się tego po nim?
Czy według Was niektóre sytuacje pomiędzy bohaterami są przesłodkie i przesadzam? Powinnam coś zmienić? Proszę o szczerą opinię.
Ach, i jeszcze jedno, tak na marginesie. Bawi mnie to, że dodaję świąteczny rozdział, a za oknem panuje istna śnieżna zawierucha. :P
Zapraszam do czytania!



45. W święta wszystko boli podwójnie
~ niespodzianka

17 listopada 2017

Fortuna kołem się toczy (44)

Okej, nawaliłam trochę z terminem publikacji, ale liczę, że mi przebaczycie, hm? Od paru dni nie miałam w ogóle dostępu do komputera, bez którego ani rusz wstawiać nowy rozdział. Ewentualnie mogłabym popróbować coś z telefonem, lecz na samą myśl od razu się odechciewało. Chyba bym umarła z irytacji. No, nieważne. :)
Co do rozdziału, jest on nieco krótszy niż poprzednie i właściwie niewiele się w nim dzieje. Można go traktować jako ten przejściowy... W kolejnym będzie się działo zdecydowanie więcej, a nawet mam nikłą nadzieję, że Was zaskoczy.
W ogóle uwielbiam Regulusa. Dopiero pisząc to-to, zorientowałam się, jaką naprawdę świetną postacią jest. A Wy? Też go lubicie czy jego obecność w Fortunie Was wkurza? Serio, ciekawi mnie Wasza opinia. :)
 No, ale już nie ględzę. Zapraszam na rozdział!


44. Czasem brak jednej osoby sprawia, że świat zdaje się wyludniony
~ Alphonse de Lamartine


9 listopada 2017

Fortuna kołem się toczy (43)

Cześć!
Mój wspaniały, poprzednionotkowy pomysł chyba spalił się na panewce, bo dopiero drugi raz się odzywam tu, u góry, a już nie wiem, co pisać. Trochę słabo, nie? :) Może po prostu poleję trochę wody... Na dworze zimno, siedzę w pracy, nudzi mi się, chce mi się spać, marzę o powrocie do domu i o gorącej herbatce. Najlepiej takiej z cytrynką. Lubicie?
W ogóle udało mi się dzisiaj napisać połowę rozdziału 48! Moniko, miałaś cholerną rację! Wystarczyło najzwyczajniej w świecie przestać co chwilę myśleć o Fortunie, i proszę. :) Oczywiście, muszę popluć przez ramię, żeby nie zapeszyć, a nuż może coś jeszcze dopiszę? W każdym razie dziękuję za radę i za komentarz. Wiedz, że podnosisz mnie na duchu. :) Z tego względu też postanowiłam zadedykować Ci poniższy rozdział. :* 
Swoją drogą, uwielbiam go. Czekałam na niego od... od samego początku.
Chyba już wiecie, co się tam może dziać? :P
Zapraszam więc do czytania, moi mili!



43. Banalne słowa i gesty początkiem niebanalnych uczuć
~ Czarownica

3 listopada 2017

Fortuna kołem się toczy (42)


Ledwo zdążyłam z tą publikacją, ale jest! Ciekawa jestem Waszych opinii na temat rozdziału. Szczerze mówiąc (pisząc), mam spory sentyment do ostatniego fragmentu... Od kiedy wymyśliłam, że Dorea umrze, czyli właściwie od dawien dawna, zawsze w głowie gdzieś majaczył mi dokładnie taki obraz sytuacji między Lilką a Jimem.
 W ogóle postanowiłam zacząć, a właściwie spróbować zacząć, pisać cokolwiek we wstępie każdego postu, cobyście nie pomyśleli, że jestem jakimś autorem-widmo. Bo chyba powoli się nim staję. Te informacje obok w ramce nie są raczej notorycznie czytane, prawda? :)
Skoro jeszcze jestem przy głosie, to macie może jakichś naprawdę skuteczny sposób na przywrócenie chęci na pisanie? Pewnie zdążyliście już zauważyć (albo nie), stoję w martwym punkcie z rozdziałem 47 Fortuny. Pomysł jest, ale tak mocno mi się nie chce...
Dobra, nie żalę się więcej: zapraszam na rozdział!


 42. Bezwarunkowe odruchy mówią więcej niż celowe zachowanie stara się ukryć
~ Smurf007

28 października 2017

Fortuna kołem się toczy (41)

41. Poczułam, że czas na krok do tyłu
~ Becca Fitzpatrick

Tylko najbardziej zaufani, czyli ci najbogatsi i pochodzący z najstarszych rodów czarodziei, znali drugie miejsce spotkań, gdzie omawiane były te najważniejsze sprawy dotyczące magicznego świata. W hrabstwie Devon niecałe dwie mile na północ od wsi Brayford znajdowała się mroczna puszcza, pośrodku której mieściła się sporych rozmiarów jaskinia. Ludzie nie zwykli się zapuszczać aż tak głęboko w las, dlatego należała ona do jednych z najbardziej bezpiecznych kwater. Poza tym otoczono ją najróżniejszymi zaklęciami ochronnymi, więc przedarcie się do wewnątrz przez nieproszonych gości wywołałoby natychmiastowy skutek. Może i nie było tu przyjemnie, jak na przykład w dworze Malfoyów, ale nastały takie czasy, że poczucie wygody wędrowało na dalszy plan.
A przynajmniej dla Samanthy, nieprzyzwyczajonej do luksusów i przepychu.
Nie miała właściwie pojęcia, który Śmierciożerca znalazł tę jaskinię, ale też nie chciała wnikać. Wiedziała jedynie, że Czarny Pan go zabił, aby tajemnica nie wyszła na jaw. W każdym razie tylko garstka została do niej dopuszczona, licząca może piętnaście osób.

16 października 2017

Fortuna kołem się toczy (40)

40. Życie składa się z takiego łańcucha złączonych ze sobą rozstań
~ Charles Dickens

Kolejne dni dla Jamesa były jak nocny koszmar, z którego nie potrafił się obudzić. Marzył, aby cała ta farsa okazała się jedynie majakiem umysłu zmęczonego codzienną nauką i pisaniem wielostronicowych esejów. Właściwie nawet mógłby uwierzyć w teorię o śnie, gdyby nie Charles włóczący się po domu niczym duch. James odnosił wrażenie, że ojciec przeżywał stratę o trzykroć gorzej. Nie jadł, nie spał, nie mówił. Tak, jakby wszystkie z założenia normalne czynności wykonywał wyłącznie dzięki Dorei.
Do pogrzebu Charles zachowywał pozory zdrowo myślącego człowieka, który jakoś radził sobie ze stratą ukochanej. Pocieszał płaczącą Lily, wspierał syna, dziękował przyjaciołom za złożone kondolencje i za przyjście na pochówek. Kiedy jednak biała trumna została zakopana głęboko w ziemi, a on wraz z synem wrócili do pustego i cichego domu, nie wytrzymał. Załamał się. Bez najmniejszego słowa zamknął się w sypialni i nie wychodził z niej aż do wieczora następnego dnia. James z początku się nie wtrącał, dając ojcu trochę prywatności.
Dzisiaj jednak sytuacja zdecydowanie wymknęła się spod kontroli.
Przypomniał sobie akcję sprzed dwóch godzin, o której nie potrafił przestać myśleć. Wychodząc z łazienki, usłyszał okropny wrzask dochodzący z sypialni. Natychmiast znalazł się tuż przy drzwiach, w które zaczął głośno walić pięścią.
– Tato! – krzyknął zaniepokojony. – Otwórz! Co się stało?

11 października 2017

Fortuna kołem się toczy (39)

39. Nic się nie da zmienić: statystycznie wypada jedna śmierć na jednego człowieka
~ Krzysztof Mętrak

Następnego dnia James obudził się z dziwnym przeczuciem, że coś było nie tak. Wstał z łóżka i po cichu skierował się do łazienki pod prysznic. Kąpiel nie trwała długo, więc parę chwil później na powrót znalazł się w dormitorium. Zastanawiała go ta poranna pobudka, tym bardziej że dzisiaj była sobota, czyli dzień wolny od zajęć.
Przejechawszy ręką po jeszcze mokrych włosach, James rozejrzał się po pokoju. Syriusz pochrapywał w poduszkę, na pewno śniąc o Dorcas lub innych przyjemnościach. Remus wyglądał na kompletnie wyczerpanego, co właściwie Pottera nie zdziwiło. Wczoraj była pełnia. Regulus za to... James zastygł w miejscu. Pierwszy raz wokół łóżka dawnego Ślizgona nie błyszczała bariera ochronna. Czyżby zapomniał? Czy raczej postanowił postawić wszystko na jedną kartę i zaufać?
Zszedł na dół do Pokoju Wspólnego.
Przywiał się z paroma osobami, a dostrzegając Anne siedzącą na kanapie i zaczytującą się w jakiejś lekturze, od razu do niej podszedł. Legł obok, tym samym zwracając uwagę dziewczyny.
– Dzień dobry – przywitała się.
– Cześć – odparł James i ziewnął szeroko, na widok czego Anne parsknęła śmiechem.
– Widzę, że ktoś się nie wyspał? Nie spodziewałam się zastać żadnego z was przed dwunastą, a co dopiero o ósmej trzydzieści. Nie możesz spać?
James wzruszył ramionami.
– Pospałbym jeszcze, ale... Mam dziwne przeczucie – zwierzył się, ale postanowił szybko zmienić temat. Nie chciał, by przyjaciółka drążyła. – Regulus nie wyczarował bariery.

4 października 2017

Fortuna kołem się toczy (38)

38. Panika potrafi zdziałać więcej szkód niż sam atak
~ mistyczna

Po pięciu minutach znalazła się już w wieży, a następnie pędem przeszła Korytarzem Gargulca w stronę jego posągu. Chciała się na chwilę zatrzymać, odsapnąć, lecz sytuacja na to nie pozwalała.
– Toffinki-muffinki – wypowiedziała hasło.
Gargulec ruszył, a Lily wspięła się po schodach. Po zapukaniu do drzwi i głośnym „proszę”, weszła do środka. Bez zwłoki podeszła do biurka dyrektora.
– Panno Evans, co cię do mnie...
– Voldemort zamierza zaatakować Azkaban – wydusiła, niegrzecznie przerywając wpół słowa.
Albus zmarszczył czoło.
– Kiedy?
– Dzisiaj. Może nawet teraz? – westchnęła Lily głęboko. – Wierzy mi pan, panie profesorze?
Dumbledore zerwał się na równe nogi, kompletnie ignorując dalsze słowa Evans. Wykonał różdżką parę dziwnych ruchów, które dziewczyna widziała pierwszy raz w życiu. Następnie naskrobał coś na małym pergaminie i podszedł do obrazu starszego pana w bródce.
– Drogi Brianie, zanieś proszę tę wiadomość bezpośrednio dla Alastora. Powiedz, żeby zwołał wszystkich, i zrób to, proszę, jak najszybciej.

30 września 2017

Fortuna kołem się toczy (37)

37. Najpierw pies nie lubi kota, a dopiero potem szuka argumentów
~ autor nieznany

Minął tydzień od pierwszej w historii Hogwartu ceremonii powtórnego przydziału, który wbrew pozorom przebiegł spokojnie. W przeciągu tych paru dni lekcje zostały odwołane, by każdy uczeń mógł przyzwyczaić się do obecnej sytuacji i do pogodzenia się ze śmiercią koleżanki. Lily zastanawiała się parokrotnie, czy profesor Dumbledore napomknie coś o złapaniu mordercy, ale raczej się na to nie zanosiło. Możliwe, że nie chciał niepokoić uczniów kolejnymi przykrymi informacjami, które znajdowały się na porządku dziennym i które tak szczegółowo przedstawiał im Prorok Codzienny. Każde śniadanie rozpoczynało się od pytania: „kto umarł?” i od wymienienia przynajmniej paru nazwisk. Lily doskonale widziała, jak przyjaciele zamierali, dopóki ktoś nie odpowiedział. W końcu martwili się o swoich najbliższych. Sama zresztą z niepewnością zagryzała wargę i modliła się w duchu, by na liście nie znalazł się ktoś, kogo mogłaby znać. 

24 września 2017

Fortuna kołem się toczy (36)

36. Odnaleźć stałość w odczuwalnych sprzecznościach – oto jest cel walki z samym sobą
~ św. Augustyn

Regulus stracił rezerwę tylko na parę sekund, co skutkowało lekkim rozwarciem ust. Rozglądał się niepewnie po Wielkiej Sali. Wszyscy wpatrywali się w niego ze zdziwieniem pomieszanym ze złością. Kątem oka zerknął na Dumbledore’a, który zmarszczył czoło wyraźnie pogrążony w myślach.
To błąd, pomyślał Regulus.
– To nie błąd, młody Blacku. To twoja jedyna szansa – odpowiedziała Tiara Przydziału.
Nim wstał na nogi, znów przybrał na twarz maskę obojętności, tak dobrze mu znaną. Odkąd pamiętał, zakładał ją przy każdej z możliwych okazji, a już szczególnie w obecności wrogów. Pewnym krokiem ruszył prosto do stołu Gryfonów, chociaż czuł się bardzo słabo. Idąc, patrzył wyłącznie na brata, który podniósł się na rękach w celu dokładniejszego zobaczenia całej sytuacji. Syriusz zacisnął pięści i wyglądał na niesamowicie wściekłego, co właściwie Regulusa nie zdziwiło.
Nienawidzili się od dziecka.
Chociaż słowo „nienawiść” brzmiało zbyt brutalne. Nie lubili się było zdecydowanie lepszym określeniem ich relacji.
Usiadł na końcu stołu tuż przy pierwszorocznych, którzy natychmiast się odsunęli. Regulus nie wiedział, czy zrobili to ze wstrętu, czy bardziej ze strachu. Nie zamierzał pytać.
– Nie należysz tu, Ślizgonie! – krzyknął któryś ze starszych Gryfonów. Regulus udał, że nie słyszał. Odwrócił spojrzenie wprost na stołek, do którego podchodzili jego znajomi ze Slytherinu, mierząc się z prawdą.
Ceremonia trwała dalej.

17 stycznia 2016

Fortuna kołem się toczy (35)

35. Nie wszystko jest takim, jakim się wydaje
~ Agnieszka Lingas-Łoniewska

Każdy uczeń, nauczyciel, a nawet duch z uwagą wpatrywał się w Albusa Dumbledore’a i czekał na jakiekolwiek słowa wytłumaczenia. Lily zauważyła, że jedynie profesor McGonagall patrzyła tępo przed siebie, co nigdy wcześniej się nie zdarzało. Odkąd Evans pamiętała, nauczycielka w każdej sytuacji stała dumnie wyprostowana, chcąc dać przykład swoim wychowankom. Dlatego teraz Lily była wręcz święcie przekonana, że stało się coś niewyobrażalnie złego.
Ponownie skupiła spojrzenie na dyrektorze. Powolnym krokiem podszedł do ambony. Ewidentnie był czymś przybity i niezwykle zamyślony, o czym wskazywało aż zanadto zmarszczone czoło. Nie uśmiechał się jak zawsze. Albus wziął głęboki oddech, przez co Lily zauważyła, że ona go wstrzymywała. Cicho wypuściła powietrze przez nos i czując, jak Jess coraz mocniej ściska jej rękę, starała się oczyścić umysł i przygotować na… No właśnie, na co?
- Moi drodzy – zaczął powoli Dumbledore, rozglądając się uważnie po sali. – Dziękuję, że się tutaj wszyscy zgromadziliście mimo tej niezwykle później pory. Niestety, nie mam dla was radosnych wieści. Dla niektórych mogą być one zbyt straszne, szczególnie dla przyjaciół. Tego wieczoru doszło w Hogwarcie do zabójstwa.
Po Wielkiej Sali przeszedł głośny szmer szeptów i cichych okrzyków. Lily spojrzała najpierw na równie zaskoczonych przyjaciół, a następnie na resztę uczniów. W pierwszej sekundzie myślała, że to kawał, ale wystarczyło spojrzeć na przygnębiony wzrok dyrektora – zdecydowanie nie żartował. Nie próbował także uspokoić podenerwowanych uczniów, choć z pewnością pragnął powiedzieć coś więcej.
Poczuła na sobie czyjeś spojrzenie. Rozejrzała się wokół, ale nie potrafiła znaleźć przyglądającej jej się osoby. Zerknęła na dół, na Jess. Dziewczynka przycisnęła rękę do ust, a Lily mogłaby przysiąc, że w jej oczach pojawiły się łzy. Szybko przytuliła ją mocniej do siebie, mając nadzieję, że bliskość drugiego człowieka pomoże jej się nieco uspokoić.
- Cisza!
Profesor McGonagall wreszcie nie wytrzymała i po paru minutach stanęła koło Dumbledore’a. Ten jednak pokręcił jedynie głową, kładąc jej rękę na ramieniu. Chciał im dać jeszcze chwilę. Uczniowie nadal szeptali, lecz rozmowy zdawały się coraz szybciej kończyć. Cała sala pogrążyła się w zupełnej ciszy dopiero, kiedy dyrektor machnął różdżką, a flagi domów i Hogwartu, znajdujące się nad stołami, zmieniły się na czarne, na kolor żałoby.
- Natalie Perks była wspaniałą uczennicą, przyjaciółką i córką – zaczął ponownie dyrektor, z uwagą wpatrując się w grupkę młodych Krukonów.
Lily usłyszała najpierw cichy krzyk, a później głośny płacz. Widziała na oko jedenastoletnią dziewczynkę, do której przytulała się druga. Szlochała ona w jej ramię, przez co aż serce zaczęło się krajać. Odwróciła wzrok, chcąc dać im więcej prywatności, co było głupie, bo prawie cała szkoła wpatrywała się w tę scenkę.
Dumbledore udawał, że nie słyszał, brnął dalej:
- Będzie nam jej brakowało, a szczególnie uśmiechu i wypełniającej ją radości. Rozumiem, że czujecie przeogromny smutek, który w ciągu najbliższych dni z pewnością nie zmaleje. Musicie jednak być silni i wierzyć, że Natalie jest teraz w ciepłym i bezpiecznym miejscu.
Lily miała wrażenie, że słowa te kierował wprost do przyjaciół Natalie. Nie myliła się, ponieważ szloch po chwili zmalał i nie odbijał się już z hukiem po wszystkich ścianach, raniąc nie tylko uszy, ale również i serca pozostałych.
- O pogrzebie poinformuję w najbliższym czasie. Oczywiście, każdy, kto będzie chciał się na niego udać, dostanie moje pozwolenie. – Albus przerwał na moment i wziął głęboki oddech. – Oby podobna sytuacja nigdy nie miała miejsca, zwiększyliśmy zaklęcia ochronne w naszej szkole. Dodatkowo do czasu złapania winnego, co będzie priorytetem przez wzgląd na pamięć Natalie, młodszych uczniów do klas będą odprowadzać albo nauczyciele, albo prefekci. Zakazuje się również wychodzenia poza mury zamku, podobnie jak odwiedzania pobliskiego miasteczka, Hogsmeade.
Z tyłu sali dobiegło buczenie, które raptownie przycichło pod wpływem srogiego spojrzenia McGonagall.
Lily całkowicie rozumiała i w pełni zgadzała się z postanowieniami dyrektora. Nadchodziły naprawdę niebezpieczne czasy, skoro komuś udało się pokonać zabezpieczenia Hogwartu, przedrzeć się do środka i zamordować niewinną dziewczynkę. Na samą myśl po plecach Lily przeszedł zimny dreszcz.
 - Nie mam serca przetrzymywać was dłużej, moi drodzy. Rozumiem także, że wielu z was wolałoby teraz posiedzieć w samotności i pomyśleć, ale niestety, nie mogę się na to zgodzić. Dzisiejszą noc spędzicie tutaj, w Wielkiej Sali – mówiąc to, znów machnął różdżką. Stoły i ławy raptownie zniknęły, a na ich miejscach pojawiły się setki materacy i pościeli. – W razie, gdyby ktoś chciał skorzystać z łazienki, znajduje się ona za tymi drzwiami – wskazał ręką na wielkie drzwi w prawym rogu. Lily mogłaby przysiąc, że nigdy wcześniej ich nie widziała.
W Wielkiej Sali znów dało się usłyszeć szmery rozmów, lecz tym razem pełnych oburzenia. Niezadowoleni byli głównie Ślizgoni, a paru z nich nawet próbowało wydostać się ze środka. Na ich nieszczęście, drzwi głównie nawet nie drgnęły pod wpływem nacisku.
- Nauczyciele będą pilnować, żeby nic złego wam nie groziło. Jutro przy śniadaniu zdradzę wam więcej informacji odnośnie złapania winnego. Jeżeli ktokolwiek widział coś podejrzanego, prosiłbym, aby zgłosił się bezpośrednio do mnie. Na tę chwilę życzę wszystkim dobrej nocy, a także tego, byście wciąż doskonalili umiejętność w dobieraniu otaczających siebie osób. Pamiętajcie, że dopiero po czasie dane nam jest dokładne poznanie drugiego człowieka.
Dumbledore odszedł, jak zwykle pozostawiając mętlik w wielu głowach. Lily także była pełna konsternacji. Po zniknięciu dyrektora nie rozmawiała z nikim, nie było o czym. Posłała jedynie pokrzepiające spojrzenie Jess, której McGonagall kazała odejść do grupy jedenastolatków. W zamyśleniu położyła się na najbliższym materacu, wsłuchując w głośne rozmowy reszty, i dopiero teraz zauważyła, jak potwornie była zmęczona.
Światło zostało zgaszone jakieś pół godziny później.
Powieki wręcz same jej opadały, a mimo to Lily nadal przekręcała się z boku na bok. Wreszcie dała za wygarną i podniosła się leciutko na łokciach.
Po jednej stronie miała ścianę, zaś po drugiej spała Dorcas, a obok niej Syriusz. Lily z zaskoczeniem zauważyła, że trzymają się za ręce. Nagły uśmiech zagościł na jej twarzy. Była to jedyna szczęśliwa wiadomość dzisiejszego dnia. Już od tamtego roku wiedziała, że pomiędzy jej przyjaciółmi działo się coś znaczącego, dlatego niezwykle cieszyła się z ich szczęścia. Wreszcie pokonali strach i przyznali się do własnych uczuć.
James. Myśla ta niespodziewanie pojawiła się w głowie Lily. Powędrowała wzrokiem w stronę Pottera i z zaskoczeniem zauważyła, że nie spał. Leżał on pomiędzy Syriuszem a Anne, tępo wpatrując się w gwieździsty sufit. Coś widocznie zaprzątało jego myśli.
Lily przez chwilę zastanawiała się, czy do niego nie podejść albo przynajmniej nie pokazać, że również nie spała. Zaniechała w momencie, kiedy po policzku Anne spłynęła pojedyncza łza, a James momentalnie ją wytarł i przygarnął dziewczynę do siebie. Lily raptownie odwróciła się w stronę ściany. Nie chciała im przeszkadzać. Poza tym zdumiało ją dziwne ukłucie w okolicach serca, gdy widziała ich przytulonych do siebie. Przez chwilę sama chciała znaleźć się na miejscu Anne, w ramionach tego niesfornego Gryfona. Szybko jednak zeszła na ziemię, wytykając własną głupotę.
Ostatnio James ewidentnie stracił zainteresowanie Lily. Wreszcie, chciałaby rzec, choć słowa te jakoś nie mogły wydostać się z jej krtani. Evans po sześciu latach nareszcie doświadczyła pełni spokoju. Nie musiała ciągle mieć się na baczności i być gotową na zmierzenie z Jamesem Potterem, jego wygłupami i beznadziejnymi gadkami. Zastanawiała się, co takiego musiało się stać, że zaniechał tego dziecinnego zachowania. Może wydoroślał? A może faktycznie zdał sobie sprawę, że nic z tego nie będzie, i naprawdę postanowił dać sobie z nią spokój? Postanowił traktować ją wyłącznie jak przyjaciółkę? Gdyby wydarzyło się to pół roku wcześniej, sytuacja ta niezwykle by ją uradowała, ale teraz? Teraz czuła jedynie przygnębienie, żal i… i to głupie uczucie niedające jej ani chwili wytchnienia.
Znów podniosła się na łokciach, ale tym razem w tłumie szukała Patricka. Znalazła go pięć osób w dół i siedem na lewo. Chłopak również trzymał w ramionach swoją przyjaciółkę, Sarę, lecz tym razem nie poczuła niczego dziwnego. Właściwie ulżyło jej, widząc spokojny wyraz twarzy Smitha. Zaczęła zastanawiać się, czemu Patrick nigdy nie spróbował szczęścia z Sarą. Na pierwszy rzut oka było widać, że czuła do niego coś więcej, aniżeli tylko przyjaźń. Pasowałaby to niego. Chyba nawet bardziej niż Lily…
Czyżby Jess mogłaby mieć rację i Lily naprawdę bardziej nadawała się na dziewczynę Jamesa niż Patricka?
Zmarszczyła czoło, odrzucając od siebie te bezsensowne rozważania. Dzisiaj zostało zamordowane niewinne dziecko, a ona przejmowała się jakimiś głupimi miłostkami. Skarciła się, lecz nie potrafiła tak do końca odegnać od siebie tej ostatniej myśli. Zarumieniła się.
Zaczynam wariować, pomyślała. Jestem tak zmęczona, że własny mózg płata mi figle.
Na szczęście od dalszego wariowania wybawiło ją pojawienie się Jess. Dziewczynka podczołgała się do Evans i lekko szturchnęła ją w ramię.
- Lily? – zapytała ledwo słyszalnie. – Śpisz?
- Nie. Coś się stało, Jess?
Dziewczynka milczała, więc Lily usiadła.
- Jess?
- Czy… czy ja mogę z tobą spać? Tutaj jest tak dużo ludzi, Ślizgonów. Boję się.
- Czy Ślizgoni coś ci kiedyś zrobili?
Jess nie odpowiedziała, ale właściwie nie musiała tego robić. Wystarczyło, że opuściła głowę, patrząc na swoje dłonie, a Lily już wiedziała, że coś złego musiało ją spotkać. Gdyby tylko mogła, dorwałaby te cholerne ślizgońskie szuje! Żeby wyżywać się na dziecku?!
- Chodź. – Uśmiechnęła się delikatnie i odchyliła koc. Jess nieśmiało odwzajemniła gest, po czym szybko ułożyła się koło starszej Gryfonki. – Jeżeli kiedyś będziesz chciała porozmawiać, Jess, to wiesz, gdzie mnie znaleźć.
Dziewczynka kiwnęła leciutko głową. Zamknęła oczy, a parę minut później Lily słyszała jej miarowy oddech. Dochodziła trzecia w nocy, więc Evans także postanowiła spróbować zasnąć. Chociaż na moment.
Ostatnie, co pamiętała, nim Morfeusz otulił ją swoimi ramionami, to uczucie, że ktoś ją obserwował; ta sama osoba, co wcześniej – była tego pewna. Tym razem jednak poza chwilową niezręcznością i zawstydzeniem, czuła także bezpieczeństwo zalewające jej ciało.

* * *

Lily małymi łyczkami popijała kawę z mlekiem.
Uczniowie do tej pory musieli pozostać w Wielkiej Sali, ponieważ Dumbledore nadal nie pozwolił im wrócić do dormitoriów. Siedzieli przy stole, jedząc śniadanie, rozmawiając lub milcząc, czy - w wykonaniu niektórych - psiocząc na dyrektora.
Siedziała naprzeciwko Dorcas i Syriusza, więc w skupieniu mogła ich obserwować, nie wywołując u nich zawstydzenia. Prawie się uśmiechnęła, co starała się zamaskować, przykładając filiżankę do ust. Widocznie wczorajsza randka musiała się udać, skoro co chwila rzucali sobie urocze spojrzenia. Lily czasami miała wrażenie, jakby podczas wpatrywania się w siebie, reszta świata przestała dla nich istnieć. Nie wiedziała, czy trzymają się za ręce, ale cały czas siedzieli blisko siebie i stykali się ramionami. Ich uczucie do siebie było niemal namacalne. Evans wiedziała także, że starają się powstrzymać przed okazywaniem sobie głębszych uczuć z uwagi na obecną sytuację. Była z nich dumna. Kiedy więc Dorcas rzuciła jej zaciekawione spojrzenie, Lily bezmyślnie puściła jej oczko. Dopiero po chwili się zrehabilitowała, od razu rozglądając się po Wielkiej Sali. Zauważyła Jess siedzącą pomiędzy koleżankami ze swojego rocznika. Lily zaproponowała, żeby usiadła obok niej przy śniadaniu, ale dziewczynka przyznała, że wstydzi się jej przyjaciół. W końcu byli starsi o sześć lat, czyli prawie pół jej życia.
- Lily, podasz mi masło?
Drgnęła, po czym spojrzała na siedzącego obok Remusa. Pokiwała szybko głową i spełniła jego prośbę. Swoją drogą, dziwne, że chłopak nie znajdował się przy Lissie. Zawsze byli nierozłączni niczym papużki, ale ostatnio zdecydowanie coś złego wkradło się pomiędzy nich.
Przy następnej okazji postara się wypytać o to Roshid, bo najwyraźniej wczoraj Krukonka ją oszukała.
- Dor, jak w ogóle było na waszej randce? Co robiliście?
Lily usłyszała szept Anne, która pochyliła się ku przyjaciółce. Meadows zarumieniła się nieznacznie. Kątem oka zerknęła na Syriusza rozmawiającego z Jamesem. Prawdopodobnie chciała sprawdzić, czy chłopak nie słyszał.
- Było super, Anne – odparła ledwo słyszalnie, więc Lily musiała się przybliżyć do przyjaciółek, żeby słyszeć.
- Może więcej szczegółów?
Lily ze zdziwieniem zarejestrowała, że to ona zapytała. Dziewczyny jednocześnie na nią popatrzyły, na co jedynie wzruszyła ramionami.
- Poszliśmy do Zakazanego Lasu. – Na chwilę zamilkła. – Przepraszam, ale obiecałam, że nikomu nie powiem. To tajemnica.
- Ty sobie chyba żartujesz?
- Przykro mi. Nawet nie wiesz, jak bardzo chciałabym o tym opowiedzieć, Anne. Szczególnie wam – westchnęła, zarzucając czarne włosy na plecy. – Musi wam wystarczyć, że było wspaniale. Jeszcze nigdy nie byłam na równie… ekscytującej randce.
- Tak – powiedziała Wisborn, przeciągając „a”. – Samo zdanie: byłam na randce z Syriuszem Blackiem brzmi ekscytująco.
Lily mimowolnie zachichotała, przyciągając na siebie uwagę nie tylko dziewczyn, ale również chłopaków. Raptownie zamilkła, podobnie jak Anne i Dorcas, które rzuciły jej wymowne spojrzenia.
- Co cię tak rozbawiło, Lily? – zapytał zaintrygowany Remus.
Evans zagryzła wargę i pokręciła głową.
- Przepraszam, to było nie na miejscu – powiedziała cicho, opuszczając głowę. Włosy wpadły jej do oczu, więc założyła kosmyk za ucho. Poczuła na sobie czyjeś uważne spojrzenie, więc podniosła głowę i samą siebie zadziwiając, spojrzała prosto na Jamesa. Lily poczuła przeszywający ciało dreszcz. Przez chwilę wpatrywali się w siebie w milczeniu, dopóki Syriusz nie szturchnął przyjaciela w ramię. James powoli odwrócił głowę, znów zagłębiając się w cichej rozmowie. Na policzkach Lily poczuła gorąco.
Zanim ktokolwiek zauważył jej rumieńce, drzwi od Wielkiej Sali otworzyły się z hukiem. Do środka pewnym krokiem wszedł dyrektor, niosąc w ręku stary kapelusz. Lily zmrużyła oczy. Czy to była Tiara Przydziału?
Dumbledore stanął przed amboną, przez co w sali zaległa cisza.
- Dzień dobry, moi drodzy – zaczął donośnym, lecz spokojnym tonem. – We wstępie chciałbym wszystkim podziękować, że przychyliliście się do prośby takiego starca, i bez problemów zostaliście tu na noc.
Na chwilę zamilkł, jakby próbował dobrać słowa, co nigdy mu się nie zdarzyło.
- Nie mam dla was dobrych wiadomości. Wraz z nauczycielami i pracownikami Ministerstwa przeprowadziliśmy drobne śledztwo i okazało się, że zabójca nadal znajduje się wśród nas i… jest nim uczeń.
Po Wielkiej Sali przeszedł głośny szept, a ktoś nawet bezwiednie krzyknął. Uczniowie zaczęli z niepewnością rozglądać się po sobie. Lily popatrzyła na równie zaszokowanych przyjaciół. Czy to możliwe, żeby któreś z nich dokonało zabójstwa jedenastoletniej dziewczynki? Niemal od razu pokręciła przecząco głową, po czym bez zastanowienia złapała Remusa za rękę. Chłopak wydawał się zaskoczony, ale odwzajemnił uścisk. Lily kątem oka spojrzała na Pottera, który ze zmarszczonym czołem wpatrywał się w dyrektora.
- W związku z tym istnieje sposób na dowiedzenie prawdy – powiedział głośno i dobitnie. – Powtórny przydział.
Lily otworzyła szeroko oczy w zdumieniu. Była to ostatnia rzecz, jakiej się spodziewała. Jej przyjaciele również wyglądali na kompletnie zaszokowanych, podobnie zresztą jak wszyscy uczniowie. Dziewczyna spojrzała na Dorcas, potem Anne, Syriusza, Remusa i wreszcie na Jamesa. A jak przydzielą ją do innego domu? Jak przydzielą do innego domu któregokolwiek z jej przyjaciół? Poczuła wzbierające się w oczach łzy. Pomrugała szybko, chcąc się ich pozbyć. Była Gryfonką, na Merlina, musiała być silna!
- Co?! To chyba jakiś żart!
Ktoś z uczniów krzyknął. Po chwili dołączył drugi głos:
- Nie będę ponownie zakładał tej czapki na głowę! Wiem, w jakim domu powinienem być!
- Ja też! – Trzeci głos.
- Cisza!
Krzyk profesor McGonagall rozniósł się po całym pomieszczeniu. Kobieta machnęła różdżką, przez co przed Dumbledorem pojawił się taboret.
- Rozumiem wasze wątpliwości i obawy, ale jeżeli ktoś nadal powinien być w tym domu, w którym się znajduje, nie musi się bać. Tiara zawsze dokona odpowiedniego wyboru i przydzieli was tam, gdzie należycie. Nie można jej przechytrzyć. – Lily miała wrażenie, że ostatnie słowa dyrektora zabrzmiały niczym ostrzeżenie.
- Może zabójca się przyzna i nie trzeba będzie ponownie przydzielać? – zapytał ktoś z tyłu sali.
- Ale ty jesteś głupi! Morderca w życiu się nie przyzna!
- Cisza! Natychmiast! – krzyknęła ponownie McGonagall, a Lily widziała, że profesorka niemal załamała ręce.
- Zaczniemy od pierwszoklasistów z Hufflepuffu, następnie drugoklasiści i tak po kolei. Następnym domem będzie Ravenclaw, Gryffindor i wreszcie Slytherin. Dopiero po ponownym przydziale będziecie mogli udać się do dormitoriów. Jutrzejsze lekcje będą odwołane, aby poniektórzy mogli przystosować się do obecnej sytuacji.
Dyrektor podszedł do stołka i położył na nim Tiarę Przydziału. Rozejrzał się po uczniach, po czym odwrócił się w stronę Minerwy i kiwnął niezauważalnie głową.
- Bray, Stephan – wykrzyknęła McGonagall, a chłopiec o brązowych włosach i przestraszonym spojrzeniu wręcz podbiegł do stołka. Usiadł, a Minerwa założyła mu Tiarę na głowę. W Wielkiej Sali zapanowała cisza, a każdy wpatrywał się w zamknięte oczy jedenastolatka. Z pewnością było to dla niego trudne, podobnie jak dla reszty pierwszoklasistów. Dopiero co miesiąc temu przeżywali podobny stres, żeby Dumbledore zafundował im kolejny. Ku przerażeniu Lily, przydział zdawał się trwać o wiele dłużej, niż pamiętała. Zazwyczaj Tiara ledwo dotknęła głowy ucznia, a już wiedziała, dokąd go przydzielić. Tym razem wydawało się, jakby chciała przeczytać całą historię jego życia.
Wreszcie po dwóch, niezwykle długich minutach, Tiara wykrzyknęła:
- Hufflepuff!
Chłopiec niemal odetchnął z ulgą, po czym na trzęsących nogach powędrował z powrotem do swojego stołu.
- Byron, Cecelia. – McGonagall wywołała kolejna osobę. Tym razem była to malutka, jasnowłosa dziewczynka. W porównaniu do chłopca szła pewnym krokiem, jakby wiedząc, czego się spodziewać. Po paru minutach Tiara przydzieliła ją do Hufflepuffu, czyli tam, gdzie należała. Kolejne osoby przydzielane były w miarę szybko i nim Lily się spostrzegła, do stołka zaczęli podchodzić uczniowie z domu Ravenclaw. Jeżeli chodziło o Puchonów, tylko garstka z nich – szczególnie ci starsi – zmieniła swoje domy.
Zaczęła się trząść, kiedy nadszedł czas na Lissie. Remus widocznie drgnął, gdy McGonagall wywołała jego dziewczynę. Szła powoli i zanim Tiara znalazła się na jej głowie, rzuciła przyjaciołom lekki uśmiech. Lily zacisnęła kciuki. Była szansa, że przyjaciółka trafi do Gryffindoru. Wiele by za to dała, mimo że zdawała sobie sprawę, że Lissie zdecydowanie bardziej pasowała jako Krukonka.
- Ravenclaw! – wykrzyczała Tiara Przydziału po niecałej minucie. Na twarzy Roshid wykwitł szeroki uśmiech, wyraźnie się też rozluźniła. Remus za to westchnął przeciągle. Najwyraźniej nie tylko Lily miała nadzieję, że Lissie trafi do ich domu. Chociaż za jakieś pół godziny może okazać się, że ona i jej przyjaciele zostaną przydzieli do innego. Zadrżała na samą myśl.
Po dziesięciu minutach nadeszła kolej Patricka, więc Lily wstrzymała powietrze. Chłopak ewidentnie się stresował, więc chcąc go jakoś wesprzeć, pokazała kciuk do góry. Nie uszło to uwadze Dorcas, która złapała przyjaciółkę za rękę. Liy uśmiechnęła się z wdzięcznością, a jej wzrok szybko powędrował ku Smithowi.
- Ravenclaw!
Nie wiedzieć czemu, odetchnęła z ulgi.
W miarę kiedy zbliżała się ich kolej, czas zdawał się płynąć nieubłaganie wolno. Właściwie nie wiedziała, czy bardziej denerwowała się, że sama trafi do innego domu, czy to, że przyjaciele się rozejdą. Poza tym Tiara, kiedy Lily miała jedenaście lat, zastanawiała się nad przydzieleniem jej do Ravenclawu. Na samą myśl oblał ją zimny pot.
Wreszcie nadszedł czas na Gryffindor. Z uwagą wpatrywała się w koleżanki i kolegów, którzy po kolei siadali na taborecie. Jess trafiła do Hufflepuffu, przez co Lily aż zadrżała. Spojrzała na dziewczynkę, na twarzy której zaczęły pojawiać się łzy. Szybko jednak się otrząsnęła i pomaszerowała w kierunku swojego nowego domu. Wpatrywała się w Jess, czując ogarniający ją smutek.
- Lily, nie płacz.
Dopiero po paru sekundach zdała sobie sprawę, że po policzkach pociekły jej łzy. Spojrzała na Remusa, który wyciągnął w jej stronę paczkę chusteczek. Przyjęła jedną z wdzięcznością.
Nie mogła uwierzyć, że ta mała, biedna dziewczynka trafiła do Hufflepuffu. Przecież dopiero co zaczęła zdobywać koleżanki, o przyjaciołach nie wspominając. Do tej pory pamiętała jej radość, kiedy we wrześniu Tiara mianowała ją Gryfonką. Lily miała jedynie nadzieję, że tym razem uda jej się zdobyć bardziej wartościowe przyjaciółki, które nie będą wytykały jej palcami, jak teraz.
- Black, Syriusz.
Spojrzała na przyjaciela uśmiechającego się łobuzersko. No tak, Łapa nawet w najbardziej stresującym momencie potrafił znaleźć pozytywy. Podszedł pewnie do taboretu, a po paru minutach z powrotem siedział na swoim miejscu. James klepnął go po plecach, a Dorcas uśmiechnęła uroczo. Syriusz spoważniał dopiero, kiedy McGonagall wywołała kolejną osobę.
- Evans, Lily.
Dziewczyna westchnęła głośno, po czym wstała i szybko skierowała się ku środkowi Wielkiej Sali. Czuła na sobie spojrzenia ludzi, ale kiedy tylko usiadła na taborecie i usłyszała w głowie głos Tiary, poczuła się kompletnie odprężona.
- Znów się spotykamy, panno Evans – powiedziała Tiara. – Dokładnie pamiętam każdą osobę, którą przydzieliłam. Zastanawiałam się wtedy pomiędzy Gryffindorem a Ravenclawem. Tym razem nie mam żadnych wątpliwości, dokąd cię przydzielić, mimo że się zmieniłaś. Och, naprawdę bardzo się zmieniłaś.
Co chcesz przez to powiedzieć?, pomyślała Lily, czując odrętwienie.
- Tym razem postrzegasz nie tylko rozumem, panno Evans, ale także sercem. Gryffindor! – wykrzyknęła od razu, nie dając Lily nawet sposobności o dokładne wypytanie. Dziewczyna szybko zdjęła Tiarę i ruszyła do przyjaciół. Miała nogi jak z waty, a kiedy ponownie usiadła przy stole Gryfonów, niemal zemdlała z ulgi. Stres przyszedł dopiero, gdy McGonagall wywołała Remusa.
Z ręką na sercu mogła przyznać, że te paręnaście minut, kiedy Tiara przydzielała jej przyjaciół, były jednymi z najbardziej stresujących w jej życiu. Na szczęście Remus i Dorcas najwyraźniej niewiele się zmienili od ukończenia jedenastu lat, bo wylądowali znów w Gryffindorze.
- Pettigrew, Peter.
Lily przeniosła spojrzenie na podenerwowanego Petera. Szedł szybko, a w jego ruchach dało się wyczuć coś szczurzego. Chłopak ostatnio kompletnie się oddalił od wszystkich i nikt nie wiedział dlaczego. Pytała się Remusa i Jamesa, ale kiedy temat schodził na Pettigrew, wzruszali tylko ramionami i ją zbywali. Podsłuchała kiedyś rozmowę Jima z Syriuszem. Mówili, że próbowali z niego wyciągnąć przyczynę jego zachowania, ale podobno ich wtedy wyzywał i zakazał wtrącania w nieswoje sprawy.
- Slytherin!
Evans wybałuszyła oczy. Była całkowicie zaszokowana. Popatrzyła najpierw na Petera, a potem na Anne, która niemal się zakrztusiła.
- Co, do cholery? – zapytał Syriusz dość głośno, przyciągając na siebie uwagę innych. Pettigrew rzucił im jedynie wrogie spojrzenie, po czym powoli powędrował w stronę stołu Ślizgonów.
Lily nie miała czasu przejmować się dalej ewidentną zmianą Petera, ponieważ kolejną osobą na liście był James. Kiedy więc McGonagall go wyczytała, a ten poszedł w stronę Tiary, bezwiednie zacisnęła pięści.
- Oddychaj – szepnął jej do ucha Remus po jakiejś minucie. – Lily.
Dziewczyna mimowolnie wzięła głęboki wdech, ale nadal usilnie wpatrywała się w Pottera. Widziała dokładnie jego zmarszczone czoło, jakby siedziała metr, a nie paręnaście metrów dalej. Miała zaciśnięty żołądek, który niemal podchodził jej do gardła. Teraz już znała przyczynę własnego stresu. Nie chodziło ani o to, że ona pójdzie do innego domu, ani nawet nie chodziło o rozdzielenie przyjaciół. To James miał być tam, gdzie Lily.
Niemal wieczność trwało, nim Tiara wykrzyknęła „Gryffindor”.
Evans odetchnęła głęboko i mimowolnie się uśmiechnęła. James wyglądał, jakby z jego barków zdjęto wielki ciężar. Kiedy szedł z powrotem do stołu, patrzył prosto na nią, a Lily nie potrafiła odwrócić wzroku. Nawet gdyby chciała. Te czekoladowe tęczówki przyciągały niczym magnes. Wreszcie James usiadł koło Łapy, ale kontakt wzrokowy zerwali dopiero, kiedy Syriusz klepnął go mocno w plecy. Potter syknął cicho w odpowiedzi, a Lily natychmiast popatrzyła na swoje ręce. Miała niesamowicie interesujące palce. Nie wspominając już o czerwonych rumieńcach na policzkach. Znowu.
Wisborn również została przydzielona do Gryffindoru.
Kiedy nadeszła pora Ślizgonów, Lily całkowicie się rozluźniła. Wykrzesała z siebie nawet delikatny uśmiech posłany do Meadows. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak bardzo była wyczerpana. Tym bardziej że dochodziła już godzina dwunasta. Musiała jeszcze przygotować się na wtorek na zajęcia, nie wspominając o kolejnych dniach. Chociaż w tym momencie marzyła jedynie o długim prysznicu i krótkiej drzemce…
- Lilka!
Usłyszała szept Łapy, który dodatkowo kopnął ją pod stołem w nogę.
- Hej! – warknęła cicho, mrużąc gniewnie oczy. – To bolało.
- Sorka – uśmiechnął się przepraszająco. – Chciałem ci tylko powiedzieć, że wieczorem spotykamy się u nas w dormitorium. Musimy omówić parę spraw, a szczególnie powiedzieć, co wiemy o Peterze.
Evans pokiwała powoli głową.
- Dobrze, ale – przerwała na moment – czemu mówisz tylko mi? Przecież wszyscy będą w tym uczestniczyć, nie?
Szukając odpowiedzi, popatrzyła na resztę. Dorcas i Anne od razu pokiwały głowami, James tylko machnął ręką, a Remusowi zadrgały kąciki ust w lekkim uśmiechu.
- Wszyscy słyszeli. Tylko ty byłaś jakaś nieobecna ciałem. Czyżbyś się zakochała, Lilka?
Syriusz poruszył wymownie brwiami, przez co policzki Lily znów nabrały nienaturalnie czerwonego koloru. To było zdecydowanie za dużo jak na jeden dzień.
- Jesteś głupi, Black.
Łapa nie odpowiedział na zaczepkę, bo coś skutecznie odwróciło jego uwagę. Lily powędrowała za wzrokiem przyjaciela i z zaskoczeniem zauważyła jego brata zmierzającego powolnym krokiem do Tiary Przydziału. Regulus wydawał się kompletnie skupiony i opanowany, ale dziewczyna mogłaby przysiąc, że widziała jego lekko drżące ręce. Siedział wyprostowany, a w głowie Lily przez moment pojawiła się myśl, że zazdrości mu tej dostojnej postawy, którą zapewne ćwiczył od dziecka.
Kolejne zdarzenia potoczyły się wręcz błyskawicznie. Ktoś z tyłu głośno kichnął, jednocześnie przerywając gęstą ciszę, druga osoba z zaskoczenia upuściła szklankę, która z hukiem rozbiła się o posadzkę, aż wreszcie Tiara Przydziału wrzasnęła na całą Wielką Salę:
- Gryffindor!
Od dzisiaj Regulus Black był Gryfonem.

24 grudnia 2015

Fortuna kołem się toczy (34)


34. Istnieją trzy sposoby oddziaływania na człowieka: szantaż, wódka, groźba zabójstwa
~ Władimir Władimirowicz Putin

Jeszcze dwie minuty, powtarzała w myślach, zbiegając po schodach. Od czasu do czasu wpadała na ludzi, ale się tym nie przejmowała. Wiedziała, że jeżeli spóźni się na transmutację, profesor McGonagall ją zabije.
- Uważaj!
- Przepraszam! – odkrzyknęła, nawet się nie odwracając.
Wyleciała zza zakrętu i z tego rozpędu ledwo się zatrzymała. Drzwi do klasy już zaczęły się zamykać, lecz Dorcas szybko przez nie przemknęła. Niemalże westchnęła z ulgi, zdążyła. Chrząknęła, poprawiła fryzurę i nie przejmując się spojrzeniami reszty klasy, z uśmiechem usiadła koło Anne. Na szczęście transmutację mieli z Krukonami. Tak dużo ludzi zgłosiło się na tegoroczne zajęcia, że musieli podzielić ich na dwie grupy. Dorcas współczuła Puchonom, którzy musieli znosić widok gęb tych napuszonych Ślizgonów.
- Hej – przywitała się grzecznie, rozglądając po sali. Zauważyła machającego w jej stronę Syriusza, ale w odpowiedzi jedynie wywróciła oczami. Lupin, oczywiście, trzymał nos w książce i czytał na temat dzisiejszej lekcji, a siedząca obok niego Lissie wydawała się pogrążona w rozmyślaniach. Dorcas już wiedziała, co zaprząta jej głowę, ponieważ rudowłosa co chwilę zerkała na Remusa. Robiła to jednak skrycie, jakby bała się, że ją przyłapie. Było to nieco dziwne i trochę niepokojące, tym bardziej że ostatnio Roshid wydawała się bardzo przybita. Już nie okazywali sobie z Remusem tyle miłości, co zawsze. Meadows myślała, że najzwyczajniej w świecie się o coś posprzeczali, więc nie drążyła tematu. Gdyby tylko wiedziała, o czym jej przyjaciółka tak usilnie starała się nie myśleć…
James, ku zdziwieniu Dorcas, zagadywał jakąś Krukonkę, której nie znała z imienia i nazwiska. Odkąd wrócił z wakacji wydawał się już kompletnie niezainteresowany Lily. Może przez wspólne zamieszkanie, dzięki czemu pojął, że oboje zgrywali się lepiej jako przyjaciele? W każdym razie wyglądał na szczęśliwszego i zupełnie odmienionego. Dorcas miała wrażenie, że nareszcie stał się wolny, niezależny. W jego oczach znów pojawił się zawadiacki błysk, który mógł znaczyć jedno – w tym roku Huncwoci nie dadzą o sobie zapomnieć. Niemal uśmiechnęła się na samą myśl.
- Cześć – odparła Anne, jednocześnie skupiając na sobie wzrok Meadows. – Gdzie tak wybyłaś z samego rana?
Dorcas wzruszyła niewinnie ramionami i zacisnęła usta, żeby na wszelki wypadek się nie wygadać. Wisborn zmarszczyła czoło i już otwierała buzię, by spróbować wyciągnąć jakąkolwiek informację, kiedy do klasy weszła profesor McGonagall. Rozmowy natychmiast ucichły, a każdy z wyczekiwaniem zaczął się w nią wpatrywać. Chwilę zajęło nim sprawdziła obecność, po czym przedstawiła cel dzisiejszego ćwiczenia oraz pokrótce opowiedziała o historii zaklęcia. Machnęła różdżką, pokazała oczekiwany efekt, na tablicy pojawiła się dokładna instrukcja, aż wreszcie zaczęła krążyć po sali, obserwując poczynania uczniów. Wspomniała jeszcze o zbliżających się wielkimi krokami owutemach, ale Dorcas jej wtedy nie słuchała.
Miała po dziurki w nosie tych wszystkich oklepanych śpiewek nauczycieli. Od ponad miesiąca zamęczali siedmioroczniaków nadchodzącymi egzaminami, końcem szkoły i musem wybrania zawodu. Dorcas miała dopiero siedemnaście lat, więc jakim cudem już teraz musiała wiedzieć, kim zostanie w przyszłości? Zazdrościła Syriuszowi i Jamesowi, którzy byli wręcz pewni wyboru – aurorzy, jakież to przewidywalne. Anne zamierzała skupić się na zielarstwie, podobno chciała produkować eliksiry lecznicze. Lily miała ten sam problem, co Dorcas, ale… ale to była Lily. Mogła jeszcze nie wiedzieć, a i tak późniejsi pracodawcy będą się bić, by dołączyła do ich zespołu. W końcu z każdego przedmiotu dostawała Wybitne.
Otrząsnęła się z ciemnych myśli, na próżno starając się skupić na przemienieniu pióra w malutki scyzoryk. Zaklęcie to wymagało wiele wysiłku, ponieważ scyzoryk zbudowany był z wielu, niewielkich i skomplikowanych części. A pióro w końcu było prostym piórem.
Po kwadransie McGonagall pogratulowała Lupinowi pięknie wykonanej roboty, aby pięć minut później zrobić to samo Evans. Przyznała im po dwadzieścia punktów.
Dorcas z westchnieniem popatrzyła na swoje czarne pióro, a potem na Anne. Jeszcze dużo im brakowało do osiągnięcia celu. Poza tym po jakie licho potrzebowali poznania akurat tego zaklęcia? Jeszcze rozumiała, by transmutować coś w krzesło, żeby sobie usiąść, albo w widelec, ale scyzoryk? Każdy czarodziej nosił przy sobie różdżkę i jeżeli ktoś by go napadł, ostatnią rzeczą, o jakiej by pomyślał, byłaby walka na scyzoryki. Meadows prychnęła cicho, żeby nieco bardziej zadowolona zacząć obserwować postępy innych.
Lily z błyskiem w oku starała się wytłumaczyć kwintesencję zaklęcia Patrickowi. Był on bardzo skupiony, przez co stał się cały czerwony na twarzy. Po wielu próbach Evans wreszcie się poddała, a jej wzrok przypadkowo powędrował ku starającemu się powstrzymać śmiech Jamesowi. Szeptał o czymś zaciekle z Łapą, który także o mało co nie parsknął. Lupin próbował nawiązać rozmowę z Lissie, ale ta wydawała się nienaturalnie wyobcowana. Od czasu do czasu kiwała głową, udając, że go słuchała.
Peter nie dostał się na te zajęcia.
- Zasymulujemy ból brzucha? – zapytała Dorcas, pochylając się w stronę Anne. – Mam już dość szkoły.
Wisborn popatrzyła na przyjaciółkę spod rzęs.
- Minął dopiero miesiąc.
- Miesiąc za długo – wyszczerzyła się brunetka. – A ty się jeszcze nie męczysz? Ciągle mówią o tym samym: niedługo owutemy, musimy wziąć się do nauki, nasza przyszłość, bla, bla, bla.
- Mają rację, Dor.
- No, tak – odpowiedziała, przeciągając samogłoski. – Ja to wiem, my to wiemy, wszyscy to wiedzą. Po co więc nam o tym ciągle przypominają?
Anne wzruszyła ramionami.
- Chcąc zmusić do nauki?
- I z jakim skutkiem? Patrząc na nas – machnęła ręką w stronę piór – dość marnym. Czasami mam wrażenie, że na tę chwilę jednie Lupin i Lily są w stanie zdać te przeklęte owutemy.
- Aż tak się boisz?
Słysząc pytanie Wisborn, Dorcas prychnęła z oburzeniem.
- Jestem Gryfonką, niczego się nie boję.
- A pająki?
- Pająki to zupełnie inna sprawa – mówiąc to, wzdrygnęła się. – To stworzenia próbujące cię omamić, zabić, a potem zjeść. A najpodlejsze zjadają na żywca.
- Szczególnie te małe w łazience – zaśmiała się Anne i wywróciła oczami. – Daj spokój.
- Ty zaczęłaś temat!
- Fakt – uśmiechnęła się Anne. – W takim razie go zmienię. Antonio ostatnio pisał?
Dorcas nie odpowiadała, namyślając się. Całe wakacje spędziła z babcią we Włoszech w towarzystwie Antoniego, jej dobrego przyjaciela. Anne była jedyną osobą, która o nim wiedziała, ponieważ poznała go podczas ich świątecznej wyprawy. Dorcas wielokrotnie zastanawiała się, czy nie powiedzieć o Antonio Lily albo Lissie, ale jakoś nigdy nie miała ku temu sposobności. Poza tym dziewczyny też z pewnością miały znajomych, przyjaciół czy nawet dawnych chłopaków, o których nigdy jej nie wspomniały. Meadows nie czuła więc szczególnej potrzeby dzielenia się informacjami na temat Antoniego z osobami niewtajemniczonymi. Na tę chwilę starczyło, że Anne wiedziała. I to z nią zazwyczaj Dorcas o nim rozmawiała.
- W zasadzie nie. Dostałam od niego list dwa tygodnie temu i… Na Merlina! – wykrzyknęła, przyciągając do siebie spojrzenia innych, w tym Syriusza. – Zapomniałam mu odpowiedzieć!
Anne zachichotała, przez co Dorcas rzuciła jej mrożące krew w żyłach spojrzenie. Natychmiast udała, że się zakrztusiła.
- No cóż, zdarza się najlepszym.
- Niech ta lekcja się już skończy – jęknęła Dor, kompletnie ignorując słowa przyjaciółki. W roztargnieniu popatrzyła na zegar i na zbyt wolno przesuwające się wskazówki. – Muszę lecieć do sowiarnii, wysłać odpowiedź.
- Pamiętasz mniej-więcej, co było w jego ostatnim liście?
- Chyba tak. – Pokiwała w zamyśleniu głową. – Pamiętam.
- To zacznij już teraz odpisywać. Potem wystarczy, że wyślesz list. Dzięki temu nie stracisz całej przerwy obiadowej.
- Świetny pomysł, Anne! Czasami jednak masz głowę na karku.
Dorcas wyszczerzyła się radośnie do przyjaciółki i chwyciła za pergamin. Wzięła do ręki pióro, a po głębszym zastanowieniu zaczęła pisać coś po włosku. Gdzieniegdzie także wtrącała angielskie zwroty, ponieważ nie posługiwała się językiem włoskim aż tak sprawnie, jakby sobie życzyła. Może i dwa miesiące we Włoszech wiele ją nauczyły, lecz z pewnością nie nauczyły jej wszystkiego.
Kiedy lekcja dobiegła końca i zadzwonił dzwonek obwieszczający przerwę, Dorcas szybko wrzuciła swoje rzeczy do torby. Wybiegła z klasy, nawet się nie odwracając. Przez to nie wiedziała, że ktoś ruszył prosto za nią. Zorientowała się dopiero w sowiarnii, gdy chciała przyczepić list do nóżki sowy, a ten ktoś bezceremonialnie wyrwał jej pergamin z ręki.
- Black! – krzyknęła Dorcas, odwracając się i patrząc w oczy swemu oprawcy. – Oddawaj!
Syriusz roześmiał się. Przeglądał list z każdej strony, po czym go otworzył.
- Black!
Dorcas groźnie zmrużyła oczy, podchodząc bliżej do chłopaka. Była wściekła i jednocześnie przerażona. Za żadne skarby świata nie chciała, by akurat on przeczytał tą poniekąd prywatną wiadomość. Tym bardziej że to właśnie Syriusz był głównym tematem jej rozmowy z Antonim.
- Daj spokój. Czasami warto się trochę pośmiać. No już, nie denerwuj się, kochanie, bo zmarszczek dostaniesz – naigrywał się Łapa. – Zobaczymy, kotku, co mamy w środku: Caro, Antonio…
Przeleciał wzrokiem po tekście, niewiele rozumiejąc. Mimo wszystko udało mu się wyłapać parę znanych słówek, na przykład amore mio, con czy swoje imię. To ostatnie wprawiło go w osłupienie. Dorcas pisała z jakimś Włochem, co było dość zrozumiałe, skoro spędziła we Włoszech całe wakacje. Tylko dlaczego mówiła mu coś o nim, o Syriuszu? Gdyby choć trochę rozumiał ten przeklęty język!
- Piszesz do swojego chłopaka, żeby na mnie naskarżyć? – zadał pierwsze pytanie, które przyszło mu do głowy.
Meadows widocznie pobladła, ale jednocześnie nieco jej ulżyło. Na szczęście Syriusz mało z tego zrozumiał – miała właściwie nadzieję, że nic.
- Po primo, Antonio nie jest moim chłopakiem. Byłoby to niezwykle trudne dla niego jako geja związać się z dziewczyną. A po secondo: nie.
- Co nie?
- Nie skarżę się na ciebie – odparła dumnie, podnosząc oczy ku niebu.
- Ale coś o mnie piszesz.
- Pytasz czy stwierdzasz? – Dorcas starała się udawać twardą, chociaż tak naprawdę marzyła jedynie o ucieczce. Nienawidziła być w sytuacjach podbramkowych, a ta z pewnością do takiej należała.
- Oba?
- A teraz to pytanie czy stwierdzenie?
- Nieważne. – Syriusz machnął ręką. – Coś ty tam napisała?
- Prywatne listy są z natury prywatne – stwierdziła bez przekonania dziewczyna, przestępując z nogi na nogę. Wyglądała na zdenerwowaną. Syriusz za to miał iście ciekawską minę. Zrobiłby wszystko, byleby dowiedzieć się, co Dorcas tam powypisywała. – Oddasz mi ten pergamin?
- A powiesz mi, co jest tam napisane?
- Chyba zwariowałeś!
- W takim razie nie oddam – powiedział i uśmiechnął się bezczelnie, czym jeszcze bardziej zdenerwował Meadows. – Może pójdę z nim do Lunatyka? Myślisz, że zna włoski? Albo pochodzę po szkolę, popytam. Na pewno ktoś rozumiejący ten przeklęty język się znajdzie.
Dorcas wyglądała na przerażoną. Znała Syriusza nie od dziś i wiedziała, że nie należał do osób rzucających słowa na wiatr.
- Nie ośmielisz się.
- Chcesz się przekonać?
- Nie zrobisz tego, bo… - zamilkła, nie mając pojęcia, co dalej powiedzieć. Na szczęście nieoczekiwanie wybawienie przyszło znikąd. – Nie zrobisz tego osobie, która uratowała ci życie.
Wyprostowała się zadowolona, widząc rzednącą minę chłopaka.
- Że co proszę? Niby kiedy?
- A miesiąc temu, a dokładnie w dniu, kiedy przyleciałeś do Hogwartu motorem i nie znałeś hasła do pokoju wspólnego. Pamiętaj, że to ja cię wtedy wybawiłam. Uratowałam cię przed śmiercią na zimnej posadzce.
- W końcu kiedyś bym wszedł – zaoponował niepewnie, marszcząc czoło. Zaczynał przegrywać tę potyczkę.
- Tak traktując pierwszoroczniaków? Nigdy!
- Rogacz i Lunatyk by mnie wpuścili.
- Nie zrobiliby tego. Jamesa przekonałaby Lily, a Remusa Lissie. Sorry, kolego, byłeś na straconej pozycji.
- Widzisz, kogo mam za przyjaciół? Samych pantoflarzy! – westchnął Black, pocierając policzek. Dorcas jedynie wzruszyła ramionami, po czym wyciągnęła rękę w kierunku listu. Syriusz milczał przez moment, usilnie starając się myśleć. Wreszcie zaświeciły mu oczy.
- Dobrze, oddam ci go, ale pod jednym warunkiem – zaczął chytrze.
- Pamiętaj, że uratowałam ci…
- Tak, tak, życie, wiem – przerwał, machnąwszy ręką. – W takim razie powiedzmy, że odwdzięczę ci się za ten bohaterski czyn. No i przy okazji dostaniesz ten list.
- Niby jak chcesz się odwdzięczyć? – zapytała zaciekawiona Dorcas, wpatrując się w Łapę z uniesionymi brwiami.
- Umówię się z tobą.
- Że co?! – Dorcas opadła szczęka. Była to ostatnia rzecz, której mogła się spodziewać. – A niby kto powiedział, że chcę się z tobą umówić?
Syriusz wywrócił oczami, ale nadal się uśmiechał.
- No dobrze, w takim razie powiem to nieco inaczej. Umówisz się ze mną?
- W sensie na randkę? – Dziewczyna nie mogła wyjść z szoku, już dawno nikt jej aż tak nie zaskoczył. Czy on mówił kompletnie serio? Było to dość ważne pytanie, więc je zadała na głos: – Mówisz serio?
- Czy to aż takie dziwne, że atrakcyjny facet zaprasza atrakcyjną kobietę na randkę? Tak, to będzie randka – zaakcentował ostatnie słowo. – Nigdy w takich sprawach nie kłamię, moja droga.
Dorcas przygryzła wargę, zastanawiając się.
- I oddasz mi list?
- Jeśli się zgodzisz – odparł niewzruszony.
- Dobrze.

* * *

Sobota wydawała się niezwykle pogodna i romantyczna – patrząc przez pryzmat Dorcas i Syriusza. Trwał ostatni weekend września, więc rozpoczęła się już permanentna jesień. Liście pożółkły, zbrązowiały, a niektóre nawet poczerwieniały, jakby zawstydzone miały coś do ukrycia. Wiatr robił się coraz bardziej chłodny, a słońce szybciej chowało za chmurami nocy. Nie przeszkadzało to jednak ani Dorcas, ani Syriuszowi, zmierzającym w stronę Zakazanego Lasu. Black wyglądał na zadowolonego i całkowicie odprężonego, podobnie jak dziewczyna, choć wydawała się lekko spięta.
- Myślisz, że się im uda? – zapytała Lissie, obserwując dwójkę przyjaciół przez okno.
- Jasne, Łapa za nią szaleje, a Dorcas za nim, chociaż jeszcze nigdy się do tego nie przyznała. Wiesz, jaka ona jest, Liss – odparła Lily, patrząc na Krukonkę zza książki. – Daj im trochę prywatności.
Lissie zarumieniła się nieznacznie i szybko odwróciła wzrok. Westchnęła, po czym zabrała się do pisania eseju na zaklęcia.
Obie siedziały w bibliotece, ponieważ potrzebowały pobyć same i pomyśleć. Dodatkowo mogły odrobić zadane prace. Poza tym wiadomym było, że raczej nikt im nie będzie się tutaj narzucał. Surowa bibliotekarka od razu wyprosi intruzów zagłuszających ciszę.
Po dwóch godzinach, kiedy Lissie wreszcie udało się skończyć wypracowania na zaklęcia, transmutację i eliksiry, westchnęła, opierając się wygodnie o oparcie krzesła. Przetarła zmęczone oczy i rozejrzała się wokół. Za oknem było już całkiem ciemno, kompletnie straciła poczucie czasu. Najwidoczniej Lily też, bo również miała dość zaskoczoną minę.
- Wreszcie skończyłam.
- Ja muszę jeszcze przetłumaczyć tekst na runy – oznajmiła Evans po chwili zastanowienia.
- Współczuję ci. Chyba bym się avadowała, gdybym musiała uczyć się na wszystkie przedmioty.
Lily wzruszyła ramionami, ale uśmiechnęła się nieco rozkojarzona.
- Dobrze się czujesz? – zapytała Roshid. - Czy… czy z tobą i Patrickiem wszystko w porządku? Ostatnio zachowujecie się trochę inaczej niż zwykle.
- To aż tak widać?
Lily z zaskoczenia uniosła brwi ku górze. Nie spodziewała się, że ktokolwiek będzie w stanie zauważyć jej lekko oziębiającą się relację z Krukonem. Po wakacyjnym incydencie, Lily nieznacznie się od niego odsunęła. Chłopak przeprosił ją parę dni po rozpoczęciu roku szkolnego, obiecując, że podobna sytuacja nigdy się nie powtórzy i zaczeka, kiedy ona będzie gotowa. Wybaczyła więc mu, ale ciągle nie zapomniała. Za każdym razem, gdy ją całował i starał się pogłębić pieszczotę, Lily bezwiednie się odsuwała. Poza tym coraz częściej zastanawiała się, czy aby mu wystarczała. Nadal kochała Patricka, a przynajmniej tak jej się wydawało, bo patrząc na niego, jej serce biło mocniej. Nie chciała też z nim zerwać i znów czuć jedynie smutek.
- Chcesz o tym pogadać?
- Nie ma o czym gadać, Liss – westchnęła przeciągle Evans. – Trochę się nam nie układa. Mam dziwne poczucie, że chyba mu nie wystarczam.
- To znaczy? Myślisz, że cię zdradza?
- Co? Nie – zaprzeczyła szybko Lily. – Znaczy, chyba nie. Po prostu ja… Ja naprawdę chciałabym nie mieć żadnych wątpliwości. Ale kiedy z nim jestem, wiem, że Patrick ode mnie oczekuje, żebym… no wiesz. I to jest bardzo przytłaczające.
Lissie zmarszczyła czoło, nie do końca rozumiejąc.
- Nie rozumiem. Co cię przytłacza?
- To, że nie jestem gotowa na… no wiesz – powtórzyła Lily, rumieniąc się.
- Ach! – sapnęła Lissie, uśmiechając się delikatnie. – Rozumiem. No cóż, Lily, każdy robi to w swoim czasie i Patrick powinien zrozumieć, że twój jeszcze nie nadszedł. Chyba cię nie naciska?
- Nie – pokręciła głową – ale wydaje mi się, że może mieć do mnie pretensje.
- Okazuje to w jakiś konkretny sposób? Cały czas o tym mówi albo no, nie wiem…
- Niby nie, ale znam go, Lissie – westchnęła Lily. – Zależy mu na mnie i nie chce mnie stracić, więc od wakacji słowem nie odezwał się na ten temat. Co nie zmienia faktu, że go to gryzie i chciałby, aby nasz związek stał się poważniejszy. Jakkolwiek to nie brzmi z ust siedemnastolatki – zażartowała bez uśmiechu.
- Źle do tego podchodzisz, Lily. To, że każesz mu czekać, wcale nie jest twoją winą, a on powinien to zrozumieć. W końcu związki wymagają wyrzeczeń i poświęceń, nie?
Lily powoli pokiwała głową.
- A jak było z tobą i Remusem? Czy wy… no wiesz.
- Aż tak wstydzisz się powiedzieć „seks”? – zapytała uśmiechnięta Lissie i niemal parsknęła, widząc, jak na twarz Lily wpełza rumieniec. – Cóż, my już jesteśmy po, jeżeli o to pytasz.
- Nie miałaś żadnych wątpliwości?
- Miałam – zamyśliła się Lissie. – Chyba każdy je ma przed pierwszym razem. Bałam się, byłam też odrobinę ciekawa. Sama nie wiem, jak się wreszcie zdecydowałam, ale kiedy już miało do tego dojść, poczułam, że byłam gotowa… Nie za bardzo wiem, jak inaczej ci to wytłumaczyć, Lily…
- Nie musisz, chyba… Chyba rozumiem. Najwidoczniej byłaś wtedy z odpowiednią osobą.
- Chcesz powiedzieć, że ty nie jesteś?
- Nie, nie o to mi chodziło – zaprzeczyła szybko Lily i miała wrażenie, że skłamała. – Ja i Patrick to… Wydaję mi się, że potrzebuję czasu. Tak, u nas na pewno chodzi o więcej czasu.
Roshid nie odpowiedziała, z ciekawością przyglądając się Lily. Wyglądała na spłoszoną. Słowa, które wyrwały się z ust Evans, najwidoczniej i ją zaskoczyły. Lily usilnie starała się coś przed sobą ukryć i Lissie, jako dobra przyjaciółka, miała nadzieję, że uda jej się wreszcie odkryć, co to takiego.
- A u ciebie i Remusa wszystko dobrze? Jeżeli mam być szczera, też zachowujecie się nieco dziwnie – zagaiła Lily, chcąc przerwać krępującą ciszę.
- Tak.
Lissie zagryzła bezwiednie wargę, co dało Evans do myślenia.
- Mam wrażenie, że czegoś mi nie mówisz…
- Daj spokój, Lily. Wcześniej byłam na niego zła, bo mnie okłamał, ale kiedy sobie wszystko wyjaśniliśmy, jest naprawdę okej. Nie musisz się martwić – uśmiechnęła się Lissie.
- Na pewno?
- Tak, na sto procent. Przecież nikt nie lubi być okłamywany, prawda?
- No tak, ale – zaoponowała Lily nie do końca przekonana – jakoś dziwnie mi uwierzyć, że Remus byłby zdolny skłamać. Nigdy w życiu mu się to nie zdarzyło.
Lissie wzruszyła niewinnie ramionami.
- Najwidoczniej ludzie się zmieniają.
- Chyba masz rację…
- Poza tym każdy człowiek ma tajemnicę, której nie wyjawi światu za żadne skarby świata. A jeżeli już to zrobi i komuś powie… - Lissie zamilkła, by po chwili bardzo cicho dodać, jakby do siebie: - Lepiej, żeby tego nie robił.
Na jej nieszczęście Lily usłyszała.
- Wolałabyś żyć w kłamstwie niż znać najgorszą prawdę? Serio?
- Nie wiem, Lily. Chyba… W każdym razie wracając do twojego tekstu na runy – Lissie szybko zmieniła temat – chcesz przetłumaczyć go teraz?
- Nie. - Evans pokręciła głową zdziwiona. Najwyraźniej przyjaciółka nie była gotowa na rozmowę. Lily więc musiała uszanować jej wolę, choć zrobiła to bardzo niechętnie. – Na dzisiaj mam dość. Wstanę rano i zajrzę do tego tekstu. Jeśli dobrze pamiętam z zajęć, jest dość prosty. Zajmie mi góra godzinę.
- Czyli idziemy?
- Tak. Poza tym i tak zaraz będzie cisza nocna – odpowiedziała Lily, spoglądając na wielki zegar. Nie wiedziała, jakim cudem, ale w bibliotece czas zawsze leciał za szybko.
- Widzimy się tu jutro zaraz po śniadaniu?
- Jasne!
Po krótkim pożegnaniu, obie poszły w różne strony. Lissie udała się do pokoju wspólnego Krukonów, zaś Lily chciała jeszcze zahaczyć o kuchnię. Strasznie zgłodniała i miała ochotę na jakąś niewielką przekąskę przed snem. Była tak zaaferowana swoim świetnym pomysłem, że nawet nie zwróciła uwagi na mijającą ją osobę. Niby nie byłoby w tej osobie niczego dziwnego, gdyby nie pędziła tak z naciągniętym na głowę kapturem. Poza tym wydawało się, jakby nie chciała zostać zauważona. Zakapturzona postać biegła jeszcze około minuty, by zatrzymać się przed wnęką z beczkami. Rozglądając się wokół i po stwierdzeniu, że w pobliżu nie było żywej duszy, zaczęła stukać w dwie baryłki w środkowym rzędzie. Po chwili ukazało się wejście do pokoju wspólnego Puchonów. Szybko przeszła przez pomieszczenie, po czym weszła do jednego z tuneli prowadzących do dormitorium dziewczyn. Odnalazła te szczególne drzwi. Nasłuchiwała, ale gdy nie dotarł do niej żaden odgłos, prawie bezdźwięcznie wtargnęła do środka.  
W pokoju znajdowały się trzy łóżka: dwa puste, a na jednym spała dziewczynka. Miała dwanaście lat, długie blond włosy i wykrzywioną twarzyczkę, jakby śnił jej się koszmar. Nie wiedziała, że prawdziwy koszmar miał dopiero nadejść.
Zakapturzona postać zablokowała drzwi zaklęciem, po czym podeszła do łóżka jedynego dziecka Perksów. Czarny Pan dokładnie polecił zamordowanie akurat jej. Nie życzył sobie niesubordynacji i nieposłuszeństwa, a już nie daj Merlinie, kapitulacji. Perksowie na samym początku należeli do popleczników Czarnego Pana, ale kiedy z biegiem czasu zaczął przybierać na władzy, stchórzyli. Zniknęli gdzieś i choć wielu Śmierciożerców próbowało ich znaleźć, nikomu się to nie udało. Postanowił więc zabić ich córkę, co było wręcz banalnym rozwiązaniem.
Poza tym w ten sposób Samantha będzie mogła wreszcie dowieść swojej bezsprzecznej lojalności.
Podniosła różdżkę i przystawiła jej końcówkę do czoła dziewczynki. Mała, jakby ogarnięta przeczuciem, szeroko otwarła oczy, siadając. Z przerażenia głos zamarł w jej gardle, nie mogła nawet krzyknąć.
- Avada Kedavra – wyszeptała Samantha z uśmieszkiem na twarzy.
Natalie Perks padła martwa na poduszkę.
Samantha narzuciła z powrotem kaptur, rzuciła zaklęcie niewykrywalności, po czym wyszła z dormitorium, a później z pokoju wspólnego. Nikt nawet nie zorientował się, że właśnie dokonano morderstwa w Hogwarcie. Dziewczyna opuściła miejsce zbrodni i jak gdyby nigdy nic, spokojnym krokiem wróciła do pokoju wspólnego Krukonów.
- Hej, Susie!
Samatha usłyszała za sobą czyjś głos, więc odwróciła się na piecie. Wpatrywała się w uśmiechniętą od ucha do ucha blondynkę, Clare, jej współlokatorkę. Wykrzywiła usta niechętnie. Nienawidziła jej, zresztą nikogo nie znosiła w tej pieprzonej szkole. Gdyby tylko mogła, rzuciłaby ją w cholerę, przestała udawać idiotkę, którą była Susie McCarton, i w pełni poświęciłaby życie dla Czarnego Pana. Na tę chwilę jednak nie mogła tego zrobić. Voldemort miał co do niej poważne plany, z których każdy wiązał się z Hogwartem.
- Cześć, Clare – zachichotała niewinnie, starając się nie porzygać. – Co jest?
- Nic, szukałam cię. Chodź, pogramy w „wiedza czy prawda”. Czekają już na nas.
- Już idę!
Samantha nie mogła przegapić okazji znalezienia sobie alibi. Jak więc jej współlokatorki zasną, natychmiast zmodyfikuje im pamięć. Dzięki temu będą wręcz pewne, że siedziała z nimi, kiedy zamordowano Perks. Clare złapała ją za rękę i pociągnęła w stronę piątego piętra. Gdyby tylko ta kretynka wiedziała, że jej domniemana przyjaciółka Susie w każdej chwili mogła ją zabić…
W o wiele lepszym nastroju Samantha powędrowała za nią.
Już zacierała ręce, nie mogąc się doczekać, kiedy prawda wyjdzie na jaw. Przyprawi to Dumbledore’a o wiele zmarszczek i problemów. Może nawet zostanie wyrzucony ze szkoły? Gdyby tak się stało, Czarny Pan zapewne mianowałby Samanthę swoim zastępcą albo prawą ręką, a wtedy wszystkie jej marzenia by się spełniły. Wystarczyło tylko poczekać na dalszy rozwój sytuacji - czyli do jakiejś dwudziestej czwartej. Rozbrzmiał wtedy głośny alarm potrafiący obudzić największych śpiochów. Po nim nastąpiła krótka cisza, aż wreszcie rozległ się poważny głos profesora Dumbledore’a:
- Wszyscy uczniowie proszeni są do swoich pokojów wspólnych, gdzie czekają już wasi opiekunowie. Zabiorą oni was prosto do Wielkiej Sali.
Lily i Anne, słysząc ogłoszenie dyrektora, niemal zerwały się z łóżek. Były zaskoczone i jednocześnie lekko przestraszone, co skutecznie odgoniło zmęczenie. Musiało stać się coś naprawdę poważnego, inaczej Dumbledore nie budziłby wszystkich i nie kazał im zebrać się w jednym miejscu. Gdyby Voldemort zaatakował Hogwart, powiedziałby o tym, prawda?
- Gdzie jest Dorcas? – zapytała Lily.
- Chyba jeszcze nie wróciła z randki. Mam nadzieję, że nic im się nie stało…
- Chodź do pokoju wspólnego, to się przekonamy – zarządziła Evans, unosząc podbródek. Starała się nie wpadać niepotrzebnie w panikę. – Może to są jakieś ćwiczenia przeciwpożarowe czy coś?
Anne w odpowiedzi wzruszyła ramionami.
- Myślisz, że Huncwoci coś zmajstrowali?
- Gdyby tak było, dyrektor nie mówiłby o tym całej szkole. Nie, Anne – westchnęła Ebans. – Myślę, że stało się coś naprawdę przerażającego
- Może ktoś umarł?
Ostatnie pytanie Wisborn ciężko zawisło w powietrzu. Lily zadrżała na samą myśl. To niemożliwe! W końcu Hogwart był jednym z najbezpieczniejszych miejsc na Ziemi, prawda? Bez słowa zbiegły na dół, gdzie powoli zebrali się już prawie wszyscy Gryfoni. Większość, szczególnie ci najmniejsi, wyglądali na zdezorientowanych i zaspanych. Starsi zaś zdawali sobie sprawę z powagi sytuacji. Poza tym wystarczyło spojrzeć na szeroko otwarte oczy profesor McGonagall, by przekonać się, że cała sytuacja nie była żartem.
- Lily!
Dziewczyna usłyszała czyjś głos dobiegający zza pleców. Widząc Jamesa, wypuściła z ulgi powietrze. Nawet nie zdawała sobie sprawy, że odkąd zeszła do pokoju wspólnego, je wstrzymywała. Najwidoczniej martwiła się o Pottera bardziej niż była sobie to w stanie wyobrazić. Chłopak też zdawał się odetchnąć.
- Wiecie, o co może chodzić? – zapytała, patrząc to na Jamesa, to na Remusa. Petera z nimi nie było, podobnie jak Blacka. – Gdzie Peter? Syriusz z Dorcas jeszcze nie wrócili?
- Tam jest – pokazał palcem Potter na stojącego w kącie Pettigrew – i nie.
 Smętnie pokręcił głową, wyraźnie zmartwiony.
- Myślisz… że to o nich chodzi? Że coś im się mogło stać?
- Wykluczone! – zaprzeczył niemal natychmiast James. Nie chciał nawet przyjmować takiej myśli do głowy.
- Muszę jak najszybciej zobaczyć się z Liss – wtrącił się Remus, rozglądając nerwowo wokół. McGonagall właśnie zaczynała sprawdzać listę, przez co Lupinowi odpowiedziało milczenie.
- Widział ktoś pannę Meadows i pana Blacka? Tylko ich brakuje – rozległ się głos profesor McGonagall. Wyglądała na poruszoną.
- Jesteśmy!
Drzwi wejściowe rozchyliły się, a w nich pokazała się dwójka Gryfonów. Odnaleźli w tłumie przyjaciół, po czym do nich dołączyli.
- Co się dzieje?
- Nic wam się nie stało?
Zapytały jednocześnie Dorcas i Lily.
James za to spojrzał na przyjaciela z ulgą. Już dawno się tak nie denerwował. Jego wzrok opadł nieco niżej, wprost na splecione palce Syriusza i Dorcas. Black podchwycił jego spojrzenie, po czym pokręcił lekko głową. Nie był to dobry czas na żarty, o czym James doskonale wiedział. Natychmiast spoważniał.
Uczniowie ruszyli w kierunku Wielkiej Sali, więc i on poszedł. Lily i Remus zniknęli w tłumie, bo jako prefekci chcieli pomóc McGonagall. Poszli pocieszać przerażonych pierwszoroczniaków. Cała ta wycieczka przez korytarze szkoły wydawała się niemiłosiernie dłużyć. Najgorsze było, że nie miał pojęcia, co mogło się stać, przez co nie wiedział, jak pomóc. Nienawidził bezczynnie czekać, ponieważ ten stan doprowadzał go wręcz do szału. Starał się jednak nie okazywać za bardzo uczuć, bo swoim zachowaniem mógłby przestraszyć młodszych uczniów. Zauważył Lily rozmawiającą z jakąś dziewczynką. Podszedł więc nieco bliżej, chcąc usłyszeć, o czym mówiły.
- Nie martw się, Jess – uśmiechnęła się pocieszająco starsza Gryfonka. – Nikomu nic złego tu nie grozi. Dumbledore jest jednym z najsilniejszych czarodziei, jakich znam. Nie pozwoli, by któremuś z jego uczniów stała się krzywda, rozumiesz?
Dziewczynka pokiwała głową, ale chwyciła mocniej Lily za rękę.
- Pójdziesz ze mną?
- Tak.
Dalej szły w milczeniu, zapewne obie zajęte własnymi myślami. Jess wydawała się jednak bardziej rozluźniona niż wcześniej. Przynajmniej w jej oczach co rusz nie zbierały się łzy. James był pełen podziwu zachowania Lily, podobnie jak faktu, że znała prawie każdego pierwszoroczniaka – nie wspominając o ich imionach. Potter postanowił, że od dziś zacznie traktować ich jak młodsze rodzeństwo, którego nigdy nie miał, bo do tej pory te małe karły były mu kompletnie obojętne. Chciał to zrobić, żeby w takich chwilach jak ta, nie patrzeć bezczynie na ich przerażenie i nieufność, kiedy podchodził bliżej.
Uczniowie rozprzestrzenili się po Wielkiej Sali, kompletnie ignorując fakt pozostania przy stole domu, do którego należeli. Każdy chciał znaleźć się bliżej osoby, przy której choć w minimalny sposób czuli się bezpiecznie. Osobą tą byli zazwyczaj bracia lub siostry bądź najbliżsi przyjaciele. Rzadko kto stawał gdzieś samotnie w kącie, starając się ukryć. Mimo to twarz każdego zwrócona była w stronę ambony, gdzie za chwilę miał pojawić się dyrektor.
Lily z zaskoczenia podskoczyła, kiedy poczuła w talii czyjeś dłonie. Szybko się jednak opamiętała, a po perfumach od razu poznała Patricka.
- Cześć – wyszeptał jej go ucha, a dziewczyna odwróciła się, stając z nim twarzą w twarz. – Cieszę się, że cię widzę, Liluś. Wiesz może, co się dzieje?
Evans przytuliła się do chłopaka, ciesząc się, że był bezpieczny. Po chwili jednak odsunęła się od niego na większą odległość, ponieważ pamiętała, że ciągle trzymała Jess za rękę. Dziewczynka taktownie starała się ich ignorować.
- Nie mam pojęcia, Patrick, i też się cieszę.
- Ja… ja muszę wracać do moich. Porozmawiamy później, dobrze?
Pokiwała głową, odwzajemniła niewesoły uśmiech, po czym odprowadziła go spojrzeniem. Patrick stanął przy Sarze, obejmując ją ramieniem. Wyglądała na wystraszoną. Lily poznała najlepszą przyjaciółkę Smitha względnie niedawno i czasami miała wrażenie, że Krukonka chciałaby być dla niego kimś więcej. Nie czas teraz na takie myśli, zganiła się w głowie.
- To twój chłopak? – zapytała Jess cichutko.
- Tak.
- Fajnie, tylko… - przerwała raptownie, niepewna, czy może wyrazić swoje zdanie.
Lily popatrzyła na nią zaciekawiona.
- Tylko?
- Tylko szkoda, że nie wybrałaś Jamesa.
- Słucham? – odparła Evans kompletnie zbita z pantałyku. Mimowolnie popatrzyła na Jima rozmawiającego z Remusem. – Jamesa Pottera?
- Tak. – Jess zarumieniła się delikatnie. – Ładnie razem wyglądacie.
- James to tylko mój przyjaciel, Jessie – starała się wytłumaczyć dziewczynce Lily, choć dalej trwała w ogromnym szoku. Nie tego spodziewała usłyszeć z ust jedenastolatki. Już chciała zapytać, dlaczego w ogóle dziewczynka tak pomyślała, ale wybawiło ją pojawienie dyrektora.
W Wielkiej Sali zaległa cisza pełna oczekiwania.